wtorek, 3 grudnia 2013

Opowiadanie konkursowe

Pomocna,  przyjacielska, dobra… może aż zbyt dobra by istnieć w tym przesadnie sztucznym, pełnym okrucieństwa i braku empatii świecie? Nigdy większych problemów nie miała. Rodzice dawali jej to, czego chciała. Wszystko na wyciągnięcie ręki, ale nie uważała się w żadnym wypadku za lepszą. Piętnastoletnia Anne była aż do czasu trzeciej klasy gimnazjum szczęśliwą, niewyróżniającą się wśród innych niczym prócz wielkiego serca szczególnie dla zwierząt. Skromność i nieśmiałość, takie cechy przypisywali jej przyjaciele.  Czytanie, pomoc w schronisku, jazda na rowerze wypełniały jej wolny czas. Nie zapominała o nauce, która była dla niej priorytetem.
Zawsze było coś, co Anne nie pasowało. Sama nie wiedziała co to jest.. samotność? Ale przecież tyle przyjaciół dookoła, rodzina, zwierzęta.. nie to na pewno nie to. Wygląd? Nie przywiązywała do tego nigdy większej uwagi. Brak zajęcia? Kocha zwierzęta,  nigdy się nudzi.. a może to brak akceptacji? Rówieśnicy zawsze ją akceptowali taką, jaka była. Nie różniła się zachowaniem ani wyglądem od przeciętnej uczennicy gimnazjum, więc dlaczego miałaby być nieakceptowana? A jednak, akceptacja nie zależy tylko od innych, najważniejsze, by otrzymywać ją od siebie. Właśnie tego w życiu Anne brakowało. Nie potrafiła zaakceptować samej siebie. Przeszkadzały jej najmniejsze detale. Puszące się włosy, kolor oczów który od dzieciństwa chciała mieć inny, wzrost do którego dodałaby dziesięć centymetrów.. no i tusza. Nigdy do grubych osób nie należała, ale nie mogła nazwać siebie chudziną. Zdarzało jej się usłyszeć, że ma okrąglutką twarz czy szerokie bioderka, ale przecież to zalety. W jej domu często powtarzano, że trzeba mieć dobrą figurę, na grubasów patrzono z pogardą. Mama mówiła jej w dzieciństwie, że tego jej nie kupi, tamtego nie ugotuje bo jeszcze przytyje. Tata lubił żartować, że jest jego tłuścioszkiem. Kto by się tym przejmował?
By polepszyć jakość swojego życia z czasem zmieniła fryzurę, założyła aparat na zęby, wzrostem przestała się przejmować, ale nie potrafiła zaakceptować swojej wagi i figury. Wcześniej nie spodziewałaby się, co przyniosą najbliższe miesiące..
Po dłuższych rozmyślaniach i staraniu się polubienia własnego ciała namówiła mamę na wizytę w poradni dietetycznej. Chodziło o zaledwie kilka kilogramów, na które tak naprawdę nikt nie zwracał uwagi z wyjątkiem jej samej. Z gabinetu wyszła z wielkim uśmiechem na twarzy, pełna nadziei na najbliższe cztery tygodnie, bo właśnie tyle miała trwać dieta. Wizje i plany, które snuła jako nagrody za wytrwałość w postanowieniu, basen, zakupy… każdy kolejny utracony kilogram to powód do radości!
Kilogramy spadały. Powoli, lecz dla Anne nie było to problemem. Gdy wreszcie osiągnęła wymarzoną wagę, cieszyła się ze swojego sukcesu. Stwierdziła, że to koniec z dietą i żyła jak dawniej, nieświadoma tego, że życie podczas diety zmienia się bezpowrotnie. Znała podstawowe składniki znajdujące się w jedzeniu, sprawdzała tabele kaloryczności niektórych produktów… wszystko z rozsądkiem i umiarem.
Waga poszła w kąt, życie wiodła jak wcześniej. Poza jej ciałem nic się nie zmieniło.
Sposoby na wypełnienie smutku są różne – jedni słuchają muzyki, drudzy idą na długi spacer, inni zaś szukają pocieszenia. Tak naprawdę Anne problemów nigdy nie miała, więc gdy odszedł jej najbliższy przyjaciel z którym spędziła większość życia, nie wiedziała co robić. Nic nie pomagało. Przyjaciele, muzyka.. nic nie było w stanie wypełnić pustki po stracie kogoś bliskiego… tak mogło się wydawać. ‘A może coś zjem? Czekolada ponoć poprawia humor..’ – pomyślała pewnego dnia. Niektóre osoby z nerwów nie potrafią nic przełknąć, ale Anne nie należała raczej do tego grona. Nauczyła się zajadać smutek i uczucia. Pomimo, że ból po stracie przyjaciela był już o wiele mniejszy i coraz rzadziej o tym myślała, jedzenie ‘pomagało’ jej w każdym problemie. Kłótnia z rodzicami czy zła ocena – ciasto zawsze poprawi nastrój!
 Coraz rzadziej widziano ją w schronisku dla bezdomnych zwierząt. Wolała zostać w domu i jeść, niż wyjść z przyjaciółmi do kina. Zamiast iść jak wcześniej na rower – szła do sklepu po słodycze.  Wstydziła się tego.  Uważała, ze jedzenie to bardzo krępująca rzecz. Kilogramy przybywały, a ona na nic nie zważała – po prostu jadła. Wiedziała, że kiedyś wróci do diety, więc teraz musi  „najeść się na zapas”. Doskonale zdawała sobie sprawę, z tego że nie ma ani odrobiny logiki w tym jak postępuje, ale jedzenie sprawiało jej przyjemność i ulgę.
Gdy pewnego dnia stanęła przed lustrem, nie widziała siebie sprzed kilku tygodni czy nawet miesięcy. Dopiero wtedy zauważyła, jak przez swoje zajadanie uczuć zmieniło się jej szczupłe ciało. Brzuch, uda, twarz, każdy cal jej ciała. Wszystko ‘porosło’ tłuszczem. Przejrzała na oczy. Dostrzegła siebie z perspektywy innego człowieka.
Postanowiła, że to się zmieni. Schudnie, schudnie jak wcześniej, a za karę jeszcze więcej. Nie potrzebuje porad dietetyka – sama wie lepiej czego jej potrzeba. Nie potrzebuje odpowiedniej motywacji – znajduje ją gdy tylko spogląda w lustro. Nie potrzebuje nikogo – sama ma w swojej duszy wszystko, czego wymaga. Samotnym nie jest się wtedy, gdy nie ma nikogo – nawet gdy myślimy że mamy przyjaciół możemy odczuwać nie cielesny, lecz duchowy brak obecności innych.  Żyjąc samemu możemy zaznać więcej szczęścia, niż wśród innych. Do funkcjonowania nie jest nam potrzebny nikt inny jak my sami. Do życia – już tak. To właśnie było główną myślą Anne – chciała po prostu funkcjonować. Sama osiągnie cel, a później wróci do przyjaciół – chuda i piękna, taka jaką sobie siebie wyobraża.
Nie chciała nikogo – jako argument używała tego, że jej ciało jest tak duże jak dwie osoby.
Jedzenie stało się problemem. Nigdzie nie wychodziła ze znajomymi, bo chodzili oni zazwyczaj do pizzerni bądź kawiarni. Nie lubiła chodzić na spacery, bo ćwiczy w domu tyle, że nie ma siły na  najprostsze czynności. W lustro spoglądała bardzo niechętnie, za każdym razem ze łzami w oczach widząc jak dużo musi zrzucić. Śniadanie jadła przy rodzicach, obiad również, a w czasie kolacji nie była głodna. Tyle jej wystarczało. Pokochała głód. Był to jej najlepszy przyjaciel. Nie opuszczał jej nigdy, a przecież świadomość, że coś nas nigdy nie opuści jest bezcenna. Zaufała mu. Wiedziała, że gdy jest głodna – chudnie. W momentach, gdy nie miała już siły, przypominała sobie jak inni mówili jej, że ma okrągłą twarz i jest pulchniutka. Płakała. Dlaczego wcześniej tego nie zauważała? Dlaczego gdy kierowane były w jej stronę te słowa, nadal jadła? Przecież inni na wszystkie sposoby chcieli jej swoimi komentarzami uświadomić, jak bardzo jest beznadziejna..
Kilogramy spadały  w dół, jakby waga specjalnie je odejmowała. Pomimo, że było ich o wiele mniej niż na początku, Anne nadal nie widziała spoglądając w lustro, że chudnie. Rodzice powtarzali jej nieustannie, jak wspaniale teraz wygląda, pomimo że była okropnie blada i wychudzona. Przyjaciele odzywali się coraz rzadziej,  praktycznie o niej zapomnieli.. a może to ona o nich zapomniała? Diety i ćwiczenia zastąpiły jej najbliższych. Nie zależało jej na pomocy, jaką mogła okazywać zwierzętom i jaką do tej pory okazywała.
Blada skóra, anemia, wypadające włosy. Strach przed jedzeniem. Gdy ktoś mówił, że ma z nim zjeść,  bądź poczęstować się czymś – zamiast podziękować, płakała sama nie wiedząc czemu. Mamie mówiła, że zjadła na mieście, że źle się czuje, że je dużo, ale po prostu nie przy niej. Przy szybkich ruchach w jej oczach zapadała ciemność, a serce biło szybciej. Wejście do domu po kilku schodach sprawiało, że musiała się nieustannie zatrzymywać, żeby złapać oddech.
Nadal nie widziała, jak ubywa jej ciała i duszy. Znikała z tego świata. Nie miała siły by wychodzić z domu, a rozmowy zawsze kończyły się na przykrych uwagach innych, którzy powtarzali, że wygląda jakby jej ktoś zabronił jeść . Stałe kłótnie wykańczały ją jeszcze bardziej. Straciła zaufanie i kontakt matki. Nie była już tą samą, szczęśliwą i zawsze uśmiechniętą dziewczyną. Niektórzy za plecami szeptali, inni śmiali się w twarz z tego co robiła, mówili że ktoś jej ukradł lodówkę, albo że nie stać jej na jedzenie. Zamknięta w sobie nie chciała żadnej pomocy. Dla siebie była taka jak dnia, którego stwierdziła, że musi schudnąć.
Mimo, że nie miała kompletnie sił by żyć, nadal ćwiczyła. Odpływała wtedy do innego, własnego świata. Zakwasy, ból mięśni – kolejne objawy, które potwierdzały iż chudnie. Pewnego dnia gdy poszła biegać – nie wróciła już o własnych siłach. Zemdlała w połowie dystansu, który był wręcz nierealny dla nastolatki. Pogotowie odwiozło ją wycieńczoną na oddział intensywnej terapii. ‘Anoreksja, wychudzenie, wyniszczenie’ – co dzień słyszała te słowa.. ale dlaczego oni tak mówili, skoro ona nadal widziała w lustrze osobę porośniętą tłuszczem?
Po wyjściu ze szpitala wszystko potoczyło się bardzo szybko. Została skierowana do psychiatry, a następnie do szpitala psychiatrycznego. Tam uświadomili jej, jak źle robi. Nie mogła jeść ile chce – czyli prawie nic. Gdy nie chciała jakiegoś posiłku – otrzymywała go przez rurkę odprowadzającą pokarm do żołądka przez nos. Stosowała różne metody oszukiwania – zdrapywała paznokciami masło z chleba, wmawiała lekarzom, że jest uczulona na większość pokarmów. Gdy waga pokazywała, że tyje – poddała się. Stwierdziła, że tutaj nie da rady schudnąć, a jedząc będzie miała spokój. Nie wygrała, ale uległa.
Psychiatrzy bardzo się starali. Leczyli, ale zarazem wspierali jak przyjaciele. Mimo wielu potyczek i upadków mogła liczyć na pocieczenie. Gdy nadszedł dzień wypisu, Anne z wagą dość niską, ale w normie, bladym uśmiechem na twarzy i łzami w oczach opuszczała szpital psychiatryczny. Poznała tam wiele wspaniałych osób, które zrobiły dla niej więcej niż przyjaciele i rodzina. To właśnie od osób obcych możemy dostać najwięcej. Od bliskich spodziewamy się cudów, dlatego ich nie otrzymujemy. Od dalszych osób nie spodziewamy się niczego, dlatego gdy zrobią dla nas cokolwiek jesteśmy wdzięczni. Przecież nie muszą, mogliby do sprawy podejść całkiem inaczej.. a jednak tak nie jest.
Gdy spotkała się pierwszy raz z przyjaciółmi,  nie mogli uwierzyć w to co widzą. Nie była już tym wychudzonym patykiem, którego widzieli jeszcze kilka tygodni temu. Odeszła z życia. Istniała, nie żyła. Zapewniała, że teraz jest silniejsza niż wszyscy oni razem wzięci. Jej psychika nigdy nie będzie w porządku. Dieta uszkodziła jej nie tylko organizm ale i duszę. Gdy oglądała zdjęcia, łapała się za głowę. Nie rozumiała, jak mogła wtedy nie widzieć, jak bardzo jest chuda. Odchudzanie to największy błąd, jaki mogła w życiu popełnić. Przez tyle tygodni nie docierało to do niej.
Starała się, robiła wszystko co w jej mocy. Pomimo, że w sercu była bardzo silna, jej ciało przypominało  wrak człowieka. Bywały dni, że jadła bardzo mało, ale przypominała sobie straszne chwile ze szpitala i twierdziła, że nie chce tam już nigdy wrócić. Wszystko trwało zbyt długo, wystawiła swój organizm na ogromną próbę. Tak musiało się stać, tak miało być. Gdy poszła pewnego zimowego poranka do szkoły na pierwszą lekcję, jaką było wychowanie fizyczne nie było jej dane wrócić tego dnia do domu. Stężenie glukozy we krwi spadło tak nisko, że mózg przestał pracować. Wygłodzenie uszkodziło jej każdy organ. Każda cząstka jej ciała, duszy, każda cząstka która do niej należała przestała pracować. Cierpiała. Cierpiała więcej niż niejedna osoba chorująca miesiącami. Psychicznie przeszła piekło.
… a na jej grobie wygrawerowany napis „w imię perfekcji” …
Rodzice po śmierci wspierali kampanie dotyczące anorektyczek i bulimiczek. Te dwie choroby dotykają wielu nastolatek. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Kiedyś śmierć dziewczyny, która odeszła z powodu zaburzeń odżywiania była nagłaśniana na skalę krajową. Teraz jest to normalność. Większości z przypadków nie da się wykryć we wczesnym stadium choroby. Szczególny problem jest z bulimiczkami, które bardzo często mają nadwagę, więc ich wygląd na nic nie wskazuje. Nie trzeba być wychudzonym, by mieć kłopoty z jedzeniem. Nie trzeba o tym mówić, by w głębi duszy cierpieć. Nikt nie musi nic wiedzieć – dopóki my sami tego nie dostrzeżemy.

3 komentarze: