wtorek, 3 grudnia 2013

Opowiadanie konkursowe

Pomocna,  przyjacielska, dobra… może aż zbyt dobra by istnieć w tym przesadnie sztucznym, pełnym okrucieństwa i braku empatii świecie? Nigdy większych problemów nie miała. Rodzice dawali jej to, czego chciała. Wszystko na wyciągnięcie ręki, ale nie uważała się w żadnym wypadku za lepszą. Piętnastoletnia Anne była aż do czasu trzeciej klasy gimnazjum szczęśliwą, niewyróżniającą się wśród innych niczym prócz wielkiego serca szczególnie dla zwierząt. Skromność i nieśmiałość, takie cechy przypisywali jej przyjaciele.  Czytanie, pomoc w schronisku, jazda na rowerze wypełniały jej wolny czas. Nie zapominała o nauce, która była dla niej priorytetem.
Zawsze było coś, co Anne nie pasowało. Sama nie wiedziała co to jest.. samotność? Ale przecież tyle przyjaciół dookoła, rodzina, zwierzęta.. nie to na pewno nie to. Wygląd? Nie przywiązywała do tego nigdy większej uwagi. Brak zajęcia? Kocha zwierzęta,  nigdy się nudzi.. a może to brak akceptacji? Rówieśnicy zawsze ją akceptowali taką, jaka była. Nie różniła się zachowaniem ani wyglądem od przeciętnej uczennicy gimnazjum, więc dlaczego miałaby być nieakceptowana? A jednak, akceptacja nie zależy tylko od innych, najważniejsze, by otrzymywać ją od siebie. Właśnie tego w życiu Anne brakowało. Nie potrafiła zaakceptować samej siebie. Przeszkadzały jej najmniejsze detale. Puszące się włosy, kolor oczów który od dzieciństwa chciała mieć inny, wzrost do którego dodałaby dziesięć centymetrów.. no i tusza. Nigdy do grubych osób nie należała, ale nie mogła nazwać siebie chudziną. Zdarzało jej się usłyszeć, że ma okrąglutką twarz czy szerokie bioderka, ale przecież to zalety. W jej domu często powtarzano, że trzeba mieć dobrą figurę, na grubasów patrzono z pogardą. Mama mówiła jej w dzieciństwie, że tego jej nie kupi, tamtego nie ugotuje bo jeszcze przytyje. Tata lubił żartować, że jest jego tłuścioszkiem. Kto by się tym przejmował?
By polepszyć jakość swojego życia z czasem zmieniła fryzurę, założyła aparat na zęby, wzrostem przestała się przejmować, ale nie potrafiła zaakceptować swojej wagi i figury. Wcześniej nie spodziewałaby się, co przyniosą najbliższe miesiące..
Po dłuższych rozmyślaniach i staraniu się polubienia własnego ciała namówiła mamę na wizytę w poradni dietetycznej. Chodziło o zaledwie kilka kilogramów, na które tak naprawdę nikt nie zwracał uwagi z wyjątkiem jej samej. Z gabinetu wyszła z wielkim uśmiechem na twarzy, pełna nadziei na najbliższe cztery tygodnie, bo właśnie tyle miała trwać dieta. Wizje i plany, które snuła jako nagrody za wytrwałość w postanowieniu, basen, zakupy… każdy kolejny utracony kilogram to powód do radości!
Kilogramy spadały. Powoli, lecz dla Anne nie było to problemem. Gdy wreszcie osiągnęła wymarzoną wagę, cieszyła się ze swojego sukcesu. Stwierdziła, że to koniec z dietą i żyła jak dawniej, nieświadoma tego, że życie podczas diety zmienia się bezpowrotnie. Znała podstawowe składniki znajdujące się w jedzeniu, sprawdzała tabele kaloryczności niektórych produktów… wszystko z rozsądkiem i umiarem.
Waga poszła w kąt, życie wiodła jak wcześniej. Poza jej ciałem nic się nie zmieniło.
Sposoby na wypełnienie smutku są różne – jedni słuchają muzyki, drudzy idą na długi spacer, inni zaś szukają pocieszenia. Tak naprawdę Anne problemów nigdy nie miała, więc gdy odszedł jej najbliższy przyjaciel z którym spędziła większość życia, nie wiedziała co robić. Nic nie pomagało. Przyjaciele, muzyka.. nic nie było w stanie wypełnić pustki po stracie kogoś bliskiego… tak mogło się wydawać. ‘A może coś zjem? Czekolada ponoć poprawia humor..’ – pomyślała pewnego dnia. Niektóre osoby z nerwów nie potrafią nic przełknąć, ale Anne nie należała raczej do tego grona. Nauczyła się zajadać smutek i uczucia. Pomimo, że ból po stracie przyjaciela był już o wiele mniejszy i coraz rzadziej o tym myślała, jedzenie ‘pomagało’ jej w każdym problemie. Kłótnia z rodzicami czy zła ocena – ciasto zawsze poprawi nastrój!
 Coraz rzadziej widziano ją w schronisku dla bezdomnych zwierząt. Wolała zostać w domu i jeść, niż wyjść z przyjaciółmi do kina. Zamiast iść jak wcześniej na rower – szła do sklepu po słodycze.  Wstydziła się tego.  Uważała, ze jedzenie to bardzo krępująca rzecz. Kilogramy przybywały, a ona na nic nie zważała – po prostu jadła. Wiedziała, że kiedyś wróci do diety, więc teraz musi  „najeść się na zapas”. Doskonale zdawała sobie sprawę, z tego że nie ma ani odrobiny logiki w tym jak postępuje, ale jedzenie sprawiało jej przyjemność i ulgę.
Gdy pewnego dnia stanęła przed lustrem, nie widziała siebie sprzed kilku tygodni czy nawet miesięcy. Dopiero wtedy zauważyła, jak przez swoje zajadanie uczuć zmieniło się jej szczupłe ciało. Brzuch, uda, twarz, każdy cal jej ciała. Wszystko ‘porosło’ tłuszczem. Przejrzała na oczy. Dostrzegła siebie z perspektywy innego człowieka.
Postanowiła, że to się zmieni. Schudnie, schudnie jak wcześniej, a za karę jeszcze więcej. Nie potrzebuje porad dietetyka – sama wie lepiej czego jej potrzeba. Nie potrzebuje odpowiedniej motywacji – znajduje ją gdy tylko spogląda w lustro. Nie potrzebuje nikogo – sama ma w swojej duszy wszystko, czego wymaga. Samotnym nie jest się wtedy, gdy nie ma nikogo – nawet gdy myślimy że mamy przyjaciół możemy odczuwać nie cielesny, lecz duchowy brak obecności innych.  Żyjąc samemu możemy zaznać więcej szczęścia, niż wśród innych. Do funkcjonowania nie jest nam potrzebny nikt inny jak my sami. Do życia – już tak. To właśnie było główną myślą Anne – chciała po prostu funkcjonować. Sama osiągnie cel, a później wróci do przyjaciół – chuda i piękna, taka jaką sobie siebie wyobraża.
Nie chciała nikogo – jako argument używała tego, że jej ciało jest tak duże jak dwie osoby.
Jedzenie stało się problemem. Nigdzie nie wychodziła ze znajomymi, bo chodzili oni zazwyczaj do pizzerni bądź kawiarni. Nie lubiła chodzić na spacery, bo ćwiczy w domu tyle, że nie ma siły na  najprostsze czynności. W lustro spoglądała bardzo niechętnie, za każdym razem ze łzami w oczach widząc jak dużo musi zrzucić. Śniadanie jadła przy rodzicach, obiad również, a w czasie kolacji nie była głodna. Tyle jej wystarczało. Pokochała głód. Był to jej najlepszy przyjaciel. Nie opuszczał jej nigdy, a przecież świadomość, że coś nas nigdy nie opuści jest bezcenna. Zaufała mu. Wiedziała, że gdy jest głodna – chudnie. W momentach, gdy nie miała już siły, przypominała sobie jak inni mówili jej, że ma okrągłą twarz i jest pulchniutka. Płakała. Dlaczego wcześniej tego nie zauważała? Dlaczego gdy kierowane były w jej stronę te słowa, nadal jadła? Przecież inni na wszystkie sposoby chcieli jej swoimi komentarzami uświadomić, jak bardzo jest beznadziejna..
Kilogramy spadały  w dół, jakby waga specjalnie je odejmowała. Pomimo, że było ich o wiele mniej niż na początku, Anne nadal nie widziała spoglądając w lustro, że chudnie. Rodzice powtarzali jej nieustannie, jak wspaniale teraz wygląda, pomimo że była okropnie blada i wychudzona. Przyjaciele odzywali się coraz rzadziej,  praktycznie o niej zapomnieli.. a może to ona o nich zapomniała? Diety i ćwiczenia zastąpiły jej najbliższych. Nie zależało jej na pomocy, jaką mogła okazywać zwierzętom i jaką do tej pory okazywała.
Blada skóra, anemia, wypadające włosy. Strach przed jedzeniem. Gdy ktoś mówił, że ma z nim zjeść,  bądź poczęstować się czymś – zamiast podziękować, płakała sama nie wiedząc czemu. Mamie mówiła, że zjadła na mieście, że źle się czuje, że je dużo, ale po prostu nie przy niej. Przy szybkich ruchach w jej oczach zapadała ciemność, a serce biło szybciej. Wejście do domu po kilku schodach sprawiało, że musiała się nieustannie zatrzymywać, żeby złapać oddech.
Nadal nie widziała, jak ubywa jej ciała i duszy. Znikała z tego świata. Nie miała siły by wychodzić z domu, a rozmowy zawsze kończyły się na przykrych uwagach innych, którzy powtarzali, że wygląda jakby jej ktoś zabronił jeść . Stałe kłótnie wykańczały ją jeszcze bardziej. Straciła zaufanie i kontakt matki. Nie była już tą samą, szczęśliwą i zawsze uśmiechniętą dziewczyną. Niektórzy za plecami szeptali, inni śmiali się w twarz z tego co robiła, mówili że ktoś jej ukradł lodówkę, albo że nie stać jej na jedzenie. Zamknięta w sobie nie chciała żadnej pomocy. Dla siebie była taka jak dnia, którego stwierdziła, że musi schudnąć.
Mimo, że nie miała kompletnie sił by żyć, nadal ćwiczyła. Odpływała wtedy do innego, własnego świata. Zakwasy, ból mięśni – kolejne objawy, które potwierdzały iż chudnie. Pewnego dnia gdy poszła biegać – nie wróciła już o własnych siłach. Zemdlała w połowie dystansu, który był wręcz nierealny dla nastolatki. Pogotowie odwiozło ją wycieńczoną na oddział intensywnej terapii. ‘Anoreksja, wychudzenie, wyniszczenie’ – co dzień słyszała te słowa.. ale dlaczego oni tak mówili, skoro ona nadal widziała w lustrze osobę porośniętą tłuszczem?
Po wyjściu ze szpitala wszystko potoczyło się bardzo szybko. Została skierowana do psychiatry, a następnie do szpitala psychiatrycznego. Tam uświadomili jej, jak źle robi. Nie mogła jeść ile chce – czyli prawie nic. Gdy nie chciała jakiegoś posiłku – otrzymywała go przez rurkę odprowadzającą pokarm do żołądka przez nos. Stosowała różne metody oszukiwania – zdrapywała paznokciami masło z chleba, wmawiała lekarzom, że jest uczulona na większość pokarmów. Gdy waga pokazywała, że tyje – poddała się. Stwierdziła, że tutaj nie da rady schudnąć, a jedząc będzie miała spokój. Nie wygrała, ale uległa.
Psychiatrzy bardzo się starali. Leczyli, ale zarazem wspierali jak przyjaciele. Mimo wielu potyczek i upadków mogła liczyć na pocieczenie. Gdy nadszedł dzień wypisu, Anne z wagą dość niską, ale w normie, bladym uśmiechem na twarzy i łzami w oczach opuszczała szpital psychiatryczny. Poznała tam wiele wspaniałych osób, które zrobiły dla niej więcej niż przyjaciele i rodzina. To właśnie od osób obcych możemy dostać najwięcej. Od bliskich spodziewamy się cudów, dlatego ich nie otrzymujemy. Od dalszych osób nie spodziewamy się niczego, dlatego gdy zrobią dla nas cokolwiek jesteśmy wdzięczni. Przecież nie muszą, mogliby do sprawy podejść całkiem inaczej.. a jednak tak nie jest.
Gdy spotkała się pierwszy raz z przyjaciółmi,  nie mogli uwierzyć w to co widzą. Nie była już tym wychudzonym patykiem, którego widzieli jeszcze kilka tygodni temu. Odeszła z życia. Istniała, nie żyła. Zapewniała, że teraz jest silniejsza niż wszyscy oni razem wzięci. Jej psychika nigdy nie będzie w porządku. Dieta uszkodziła jej nie tylko organizm ale i duszę. Gdy oglądała zdjęcia, łapała się za głowę. Nie rozumiała, jak mogła wtedy nie widzieć, jak bardzo jest chuda. Odchudzanie to największy błąd, jaki mogła w życiu popełnić. Przez tyle tygodni nie docierało to do niej.
Starała się, robiła wszystko co w jej mocy. Pomimo, że w sercu była bardzo silna, jej ciało przypominało  wrak człowieka. Bywały dni, że jadła bardzo mało, ale przypominała sobie straszne chwile ze szpitala i twierdziła, że nie chce tam już nigdy wrócić. Wszystko trwało zbyt długo, wystawiła swój organizm na ogromną próbę. Tak musiało się stać, tak miało być. Gdy poszła pewnego zimowego poranka do szkoły na pierwszą lekcję, jaką było wychowanie fizyczne nie było jej dane wrócić tego dnia do domu. Stężenie glukozy we krwi spadło tak nisko, że mózg przestał pracować. Wygłodzenie uszkodziło jej każdy organ. Każda cząstka jej ciała, duszy, każda cząstka która do niej należała przestała pracować. Cierpiała. Cierpiała więcej niż niejedna osoba chorująca miesiącami. Psychicznie przeszła piekło.
… a na jej grobie wygrawerowany napis „w imię perfekcji” …
Rodzice po śmierci wspierali kampanie dotyczące anorektyczek i bulimiczek. Te dwie choroby dotykają wielu nastolatek. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Kiedyś śmierć dziewczyny, która odeszła z powodu zaburzeń odżywiania była nagłaśniana na skalę krajową. Teraz jest to normalność. Większości z przypadków nie da się wykryć we wczesnym stadium choroby. Szczególny problem jest z bulimiczkami, które bardzo często mają nadwagę, więc ich wygląd na nic nie wskazuje. Nie trzeba być wychudzonym, by mieć kłopoty z jedzeniem. Nie trzeba o tym mówić, by w głębi duszy cierpieć. Nikt nie musi nic wiedzieć – dopóki my sami tego nie dostrzeżemy.

piątek, 15 listopada 2013

Krótka prawda :)

To co dajemy wraca podwójnie. Będę powtarzać to stwierdzenie, ile tylko się da.
Spotkałam na swojej drodze wiele osób, każda jest inna, do każdego należy mieć indywidualne podejście. Nie ma ustalonej dla wszystkich recepty na szczęście.
Historia pewnej zagubionej dziewczyny. Od dłuższego czasu się jej przyglądałam, niestety tylko biernie. Poczułam w sobie coś, czego nie potrafię bliżej określić. Być może była to niewidzialna siła, być może moje podświadome poczucie wartości człowieka i chęć pomagania, w każdym razie coś, co mówiło mi że mam jej pomóc, że pomimo, iż byłam jej dosyć bliska, ale nie najbliższa to do mnie należy kwestia poprawy. Bardzo często nie potrafię poradzić sobie z samą sobą , więcej siły wkładam w innych. Wszystkie wskazówki których ja osobiście słucham, zbierałam w myślach i starałam się je jak najbardziej zapamiętać. Gdy stwierdziłam, że to właściwy moment – przejęłam inicjatywę. Napisałam wszystko, co sądziłam ze taka osoba powinna usłyszeć. Że życie jest po to by je przeżyć, że nie powinniśmy mieć jednego wielkiego marzenia,  ale kilka mniejszych pod nim, by były one ‘przystankami’ na drodze do czegoś większego. Żyć dla innych, oczywiście zarazem dla siebie. Uśmiech drugiej osoby jest czymś bezcennym. Fakt, iż dzisiejszy świat jest pozbawiony barw mnie przeraża. Ale my sami go tworzymy. „nie uśmiechnę się, bo i tak tego nie odwzajemni”. Może ta osoba nie, może następna i jeszcze następna też nie. Jaka będzie radość, gdy w końcu spotkamy kogoś, kto obdarzy nas dobrocią i szczerym gestem?  Większa, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Nie odmienimy całego świata, ale gdy każdy z nas uczyni coś dobrego – możemy polepszyć jego jakość. Nie ignorujmy osób, które nie widzą dobra – oni nie wiedzą ile radości daje niesienie pomocy, okazywanie uczuć. Udając twardych wiele tracimy.

Pomoc jaką okazałam tej dziewczynie, dałam jak najbardziej bezinteresownie. Po prostu wiedziałam, że robię to co powinnam. Otrzymałam jednak coś, czego się całkowicie nie spodziewałam, a mianowicie piękne słowa.. „wiesz co?” – spytała „kocham Cię”.  To było najpiękniejsze podziękowanie jakie mogłam otrzymać. Warto było dla tych 2 słów zrobić tyle, ile byłam na chwilę obecną w stanie, choć wiem że to jeszcze nie koniec. Życzę, żeby każdy z nas otrzymał wynagrodzenie za dobro, jakim się dzieli. Nie od razu, nie po tygodniu czy nawet po miesiącu, ale karma zawsze wraca. Zawsze. 

sobota, 26 października 2013

Na początku było tak:


Później trochę schudłam z twarzy:
I jeszcze trochę: 
i ostatecznie tak:...

Po tylu miesiącach, odważyłam się opublikować te zdjęcia, bo przecież kiedyś właśnie po to je robiłam. Przytyłam sporo i jest chyba o wiele lepiej. Wstyd mi za samą siebie, za moje zachowanie, za zniszczenie sobie życia. Już nigdy więcej. Obiecuję. Nadal walczę. Przez ten cały czas.




niedziela, 25 sierpnia 2013

Przekąski :)))

Bez tego się nie obejdzie, praktycznie każdemu na diecie brakuje jakiś przekąsek. Jedni sobie z tym radzą na krótszą lub na dłuższą metę, inni natomiast nie potrafią bez nich żyć. Dla tych drugich, ale również i pierwszych jest rozwiązanie, a nawet kilka. Jedno z nich przedstawię poniżej :)
Smakują jak prawdziwe chipsy, wg mnie są nawet smaczniejsze. Do tego zdrowsze. Zawierają aż 75% mniej tłuszczu niż zwykłe, te popularne, niezdrowe chipsy. 
Mają dość specyficzny wygląd, przypominają małe wafle ryżowe, jednak smakiem nie są kompletnie do nich podobne. 
Całe opakowanie to 60g. Cała paczka zawiera więc zaledwie 244 kcal !!!!! Są bardzo sycące więc trudno zjeść je całe, aczkolwiek nawet w takim przypadku nasza dieta nie ucierpi. Nie zawierają oleju, jedyny tłuszcz jaki w sobie mają to oliwa z oliwek. 
Na zdjęciu 1/2 całej zawartości, są lekkie więc 60g w tym przypadku to dużo. Mają bardzo intensywny smak, zaspakajają nasze zachcianki na paluszki, chipsy itp. 
Z całego serca polecam, są moim ulubieńcem :)

środa, 14 sierpnia 2013

Moje propozycje posiłków - part 1.

Propozycja drugiego śniadania - arbuz, maliny, 2 łyżki kefiru, łyżka otrębów pszennych. Całość - ok 100 kcal w zależności od proporcji. 
Arbuz - 92% to woda dlatego łatwo się nim "napchać". Zdecydowanie bardziej poczujemy nasycenie gdy zjemy arbuza, niż gdy zastąpimy go batonem. Dodatkowo posiada on błonnik pokarmowy. Zawiera niezbędne witaminy, m.in A, C, kwas foliowy. Oczyszcza organizm z toksyn co sprzyja chudnięciu.
Maliny podobnie jak arbuz zawierają witaminę C i kwas foliowy. Mają także działanie rozkurczowe, co jet przydatne podczas bólu brzucha :)
OTRĘBY :) O nich można pisać godzinami, o ich zdrowotnych właściwościach. Można je dodać do wszystkiego. Zamiast bułki tartej, jako panierkę do kotletów, jako dodatek do ciasta do naleśników, do mięsa mielonego, do pieczywa, do płatków... do dosłownie wszystkiego. Ich zaletą jest to, że pęcznieją w żołądku przez co mamy dłuższe uczucie nasycenia. Kwestia zdrowotna to poczytanie w wikipedii - właściwości zapobiegające nowotworom, wspomagają procesy trawienne etc :)
Kefir - lekko gazowany napój mleczny, nie czuć że ma w sobie gaz ale odkręcając butelkę można usłyszeć jak "syczy". Zawiera magnez i wapń, jest świetną przekąską która także zaspakaja głód na dłużej a zawiera zaledwie 50 kcal w 100ml. 



Propozycja śniadania/drugiego śniadania - ugotowane na wodzie płatki owsiane, zalane activią :)
Płatki owsiane są świetnym doładowaniem z rana. Dają energię nie tylko na cały poranek, ale na cały dzień. Tak jak otręby - są baaardzo zdrowe. Poprawiają koncentrację ( wit. B6 i magnez), pamięć i przyswajanie wiedzy. Dzięki witaminie B1 wpływają na naszą koordynację ruchową. Owies zawiera też substancje działające antydepresyjnie dlatego wpływa na nasze samopoczucie! Jest to źródło błonnika - co więcej beta-glukanu. Zawiera tłuszcze, które nie wchłaniają się do tkanki tłuszczowej, ale uzupełniają braki witamin w organiźmie. Warto dodać, że chroni też przed nowotworami :)
ACTIVIA - słodycz, na którą można sobie pozwolić :)
Nie wszystkie smaki, ale w ich większości w składzie avtivii nie ma syropu glukozowo-fruktozowego. Zawierają cukier, ale jak wiadomo na diecie jest on potrzebny. Zastępuje nasze zapotrzebowanie, które często zaspakajamy niewłaściwymi słodyczami. Słodkie jogurty są na diecie jak najbardziej wskazane - w odpiwiednich ilościach :)


Obiad :D
Fasolka, ziemniak i kurczak - wszystko z pary.
ZIEMNIAKI NIE SĄ TUCZĄCE. W 75% składają się z wody, kaloryczność dodają im sosy którymi je polewamy. Są źródłem witaminy C, znajduje się zaraz pod skórką więc najlepiej jeść je w mundurkach. Złota zasada: "mniej sosów, więcej przypraw" jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Dodając odpowiednie przyprawy, chili itd możemy z ziemniaka na parze zrobić chipsy - w smaku takie same, a o ile zdrowsze, mniej kaloryczne od tych zwykłych. Ziemniaki zapychają głód na bardzo długo dlatego powinny znaleźć się w naszym jadłospisie - oczywiście w odpowiednich ilościach.
Fasolka - źródło błonnika oraz witamin K, C. Jest warzywem, więc można jeść jej dużo. Doskonale nadaje się na uzupełnienie obiadu, powoduje uczucie sytości.
Śniadanie.
Grahamka, łyżka serka almette, plaster szynki z indyka, kilka klastrów pomidora i łyżka pestek dyni. 


piątek, 2 sierpnia 2013

Dlaczego racjonalne żywienie i ćwiczenia są bardziej korzystne niż odchudzanie ?

Na początek krótka informacja - kilogram mięśni spala 12 kcal na godzinę, kilogram tłuszczu/ciała spala zaledwie 4 kcal na godzinę. Jeżeli osoba mająca większy procent mięśni od osoby która ich nie ma zje 3 razy więcej - wyjdzie na to samo, bo zostanie wszystko spalone. Ćwicząc możemy zjeść o wiele więcej niż będąc na diecie - niekoniecznie słodycze, fast foody itp, ale po prostu - WIĘCEJ :) Wiąże się to z wyższą odpornością, mniejszą podatnością na wiele chorób, gospodarka hormonalna pracuje cały czas tak samo, lepsze myślenie, koncentracja, zapamiętywanie. O ogólnym zdrowiu chyba nawet nie trzeba wspominać, powiększamy pojemność płuc, dotleniamy mózg, rozwijamy każdy centymetr naszego ciała.
SAMOPOCZUCIE :)
Podczas wysiłku fizycznego wytwarzają się w naszym organizmie ENDORFINY. Są to hormony szczęścia mające na celu złagodzenie "bólu" podczas wysiłku. Po kilku seriach dostarczonych endorfin wpływają one bardzo pozytywnie na nasze myślenie. Czujemy częściej szczęście, dobro i ciepło od innych ludzi. Są one bardzo zadziwiające, sprawiają że otwieramy się na innych i myślimy bardzo optymistycznie. Od endorfin można się uzależnić - oczywiście pozytywnie. Już po kilku treningach łatwo jest wyczuć, że nie robimy tego z przymusu, ale z przyjemności. Bo sztuką jest kochać to co się robi, a nie robić tego "bo muszę". Pierwsze treningi mogą być katorgą czasami nawet nie do zniesienia, ale już po pewnym czasie pojawia się taki moment gdzie chcemy więcej, czekamy cały dzień będąc w szkole, robiąc cokolwiek, po prostu - chcemy już ćwiczyć. Jest to jedno z najpiękniejszych uzależnień, daje efekty wizualne, zdrowie, lepsze samopoczucie, inne spojrzenie na świat. Endorfiny można porównać do tabletek poprawiających samopoczucie. Zmęczenie, ból, pot, odciski, wyczerpanie.. żeby za kilka minut poczuć szczęście. Przypływa tak nagle i daje niesamowite uczucie.
Fitness lifestyle to nie moment, to nie miesiąc czy dwa. Jeżeli raz się poczuje - nawet przy wymarzonym wyglądzie zostaje się przy takim stylu życia. Świadomość, że robimy dobrze dla siebie, organizmu, otoczenia jest najpiękniejsza. To wszystko składa się na szczęście i bezwarunkowy uśmiech po treningu.
NIEWAŻNE CZY TO SIŁOWNIA, FITNESS, CARDIO, BIEGANIE, WAŻNE ŻE SPRAWIA PRZYJEMNOŚĆ I DAJE RADOŚĆ. POD KAŻDYM WZGLĘDEM :)

W odpowiedzi na pytanie :)

Mogłabyś napisać na blogu swój przykładowy bilans: posiłki i ćwiczenia, co robisz na siłowni, linki na yt z ćwiczeniami +coś od siebie ? :)
Zacznijmy od diety :)
Nie jest ona idealna, jest w niej za mało jedzenia i brakuje niektórych składników odżywczych. Bierze to się z mojego obrzydzenia do tłuszczu, którego nie mogę przemóc. Tłuszcze przyspieszają spalanie tkanki tłuszczowej, ponieważ gdy organizm czuje, że dostał trochę tłuszczu- oddaje swój zbędny. Nie chodzi tutaj o wielkie ilości, ale o łyżkę oleju jakieś 5 razy w tygodniu. Tłuszcz jest potrzebny w diecie, odpowiada za budowę komórek, wspomaga wytwarzanie hormonów płciowych, bez niego nie przyswajają się witaminy takie jak A(odpowiada za naszą skórę, wygląd, wzrok), D(buduje kości, zęby), E(pomaga zachować urodę), K(nieprzyswajana może powodować złą krzepliwość krwi, łatwiej powstają krwotoki wewnętrzne i zewnętrzne, trudniej goją się rany, zwiększone ryzyko nowotworów) To wszystko grozi nam nie tylko wtedy gdy tych witamin nie dostarczymy, ale również gdy nie będziemy z nimi dostarczać tłuszczy. Wystarczy oliwa z oliwek, jakikolwiek tłuszcz najlepiej roślinny,a wbrew logice – w odpowiedniej ilości przyspieszy tylko odchudzanie i da dłuższe uczucie nasycenia.
Jeżeli chodzi o słodycze – NIE WOLNO eliminować ich całkowicie. Organizm codziennie potrzebuje cukru, ale tabliczka czekolady to za dużo. Do tego, wyrzucając je całkowicie z diety – z każdym dniem będziemy mieli na nie większą ochotę, co więcej można czuć zmęczenie albo popaść w hipoglikemię (co jest już poważnym zagrożeniem życia w przeciągu kilku minut). Na hipoglikemię (spadek cukru poniżej 55) są narażone szczególnie osoby które jadły słodycze bądź węglowodany w normalnych/zwiększonych ilościach a nagle je odstawią. Ja sama kilka razy poczułam że jest mi słabo, cała się trzęsę, a było to skutkiem spadku stężenia glukozy we krwi. NA DIECIE CUKRY W ODPOWIEDNICH ILOŚCIACH SĄ NIEZBĘDNE! Ja dostarczam ich sobie w postaci activi, która ma całkiem niezły z dietetycznego punktu widzenia skład. Niektóre jej smaki jednak są wyjątkami – w sklepie lepiej sprawdzić czy nie ma syropu glukozowego bo to gorsze niż cukier, i wcale nie zaspakaja naszego zapotrzebowania.
Jak wiadomo, jestem w trakcie leczenia bulimii. Ma ona nawroty, ale już nie takie silne jak kiedyś. Czasami zdarzy mi się zjeść więcej, ale jest to już nie 5000 kcal, ale na granicy 300-500. Mój organizm nie chce chudnąć, obawia się, że może nastąpić głodowanie i gromadzi tłuszcze na wszelki wypadek. Dla mnie odchudzanie jest 3 razy trudniejsze, dlatego w jadłospisie brakuje wielu rzeczy i z pewnością jest on zbyt ubogi.
Śniadanie:
-grahamka z pomidorem (całym, ponieważ świetnie zapycha głód), bez smarowania (zamiast niego łyżeczka serka almette), plaster szynki z indyka
lub
-2 kromki chleba razowego/żytnio razowego/graham
lub
-płatki owsiane gotowane na wodzie (3-5 łyżek), zamiast mleka dolewam do nich activię
drugie śniadanie:
-jogurt naturalny, dosypuję do niego płatki owsiane lub otręby
-owoce
lub
-jeżeli na 1 śniadanie nie pojawiła się activia, jem zamiast jogurtu naturalnego na drugie. Występuje tylko raz dziennie.
obiad:
-100 g filet z kurczaka na parze + warzywa
lub
-100 g filet z indyka na parze + warzywa
lub
-100g filet z mintaja na parze + warzywa
lub
-mięso wołowe, również niezbędne, szczególnie u osób które są narażone na anemię
Tutaj właśnie popełniam ten błąd, że jem zawsze z pary. Ten sam filet można podsmażyć na łyżce oliwy z oliwek bądź na oleju roślinnym – tłuszcze dostarczone, odchudzanie przyspieszone.
Warzywa – dowolne. Zazwyczaj jest to fasolka, pieczarki, papryka, ziemniak albo mrożona mieszanka kupiona gotowa w sklepie.
Warto do warzyw dodać trochę soli, zwłaszcza jeżeli jesteśmy osobami aktywnymi fizycznie. Jest potrzebna w diecie tak samo jak i cukry czy tłuszcze. To nieprawda, że powinno się ją całkiem odstawić. Jednym z pierwszych składników, który wydalamy z potem jest sól a jej niedobory są bardzo poważne w konsekwencjach. Warto kupić sól dietetyczną (o obniżonej zawartości sodu). Ja takiej używam, smak ten sam a o wiele zdrowsza :)
podwieczorek:
-gerberek/ HIPP/ bobovita – deserki dla niemowląt – lepsze niż jogurt, nie zawierają cukrów ani barwników, są smaczne i zdrowe. (nie polecam obiadków, tylko deserki :) ) Również trzeba patrzeć na skład, najlepiej jeżeli są w nim same owoce, witamina C, kwas cytrynowy i woda. Wczoraj natknęłam się na HIPP z dodatkiem syropu glukozowego..
kolacja:
rzadko kiedy chleb, zazwyczaj gdy chcę ćwiczyć. Jogurt naturalny z otrębami, lub ogórki, pomidory. Po prostu – na kolację lekko.
ĆWICZENIA ;) :
Codziennie z rana PO ŚNIADANIU, nigdy nie na czczo, bądź nawet po drugim śniadaniu biorę się z intensywny trening. Wsiadam na rower i jadę na siłownię w parku 3 maja, bądź przy ulicy Wodnej. KAŻDY trening siłowy powinien być poprzedzony treningiem cardio. Do cardio można zaliczyć bieganie, rower, ogólną rozgrzewkę ale nie rozciągającą, a wprawiającą nasze ciało w ruch tak, aby serce zaczęło jak najlepiej pracować przygotowując je do wysiłku. Do tego trening cardio jest najlepszym sposobem na spalenie zbędnych kalorii. (przykładowe cardio, 04:27 – 07:24 http://www.youtube.com/watch?v=G2mr7bowpxw). Na siłowni ćwiczę na ręce, brzuch i nogi. Sama droga rowerem sprawia, że ten „trening” cardio jest już zaliczony i mogę od razu przejść do ćwiczeń siłowych. Jezeli chodzi o silownię typu factory, czyli bardziej klub fitness to również na rozgrzewkę bieg na bieżni, później ćwiczenia silowe, znów bieżnia, siłowe i rower stacjonarny. Pogoda nie zawsze wypali, albo po prostu mam humor poćwiczyć z Ewą Chodakowską. Ona zawsze przyczynia się do zwiększonej motywacji. Ale jest tutaj jedna zasada – aby ćwiczyć jej treningi TRZEBA JEŚĆ i to niemało. Zbyt ograniczona ilość jedzenia i trening Ewy spowoduje spalanie mięśni, a nie tłuszczu. Z resztą tak jest ćwicząc cokolwiek. Spalamy mięśnie, wydalamy wodę a dopiero na końcu co moze potrwać bardzo długo czasem nawet w przypadku anoreksji się nie zdarza – spala się tłuszcz. Jeżeli zjemy odpowiedni posiłek, organizm uruchomi metabolizm (przemianę materii) i będzie wiedział że ćwiczenia mają spalać to co zjedliśmy – tkankę tłuszczową. Ja korzystam z 3 treningów Ewy – killer, turbo, skalpel. Czasami włączam też 5 treningów 6 minutowych, poprzedzam je 3 minutowym treningiem cardio i po 3 rundzie znów robię cardio. Killer i turbo są treningami interwałowymi, czyli o zmiennym tempie co spala maksymalną ilość kalorii. Ich tempo jest bardzo szybkie i raczej dla osób które ćwiczą już od dłuższego czasu. Trening trwa 45 min – bez ani sekundowej przerwy. Nie ma co przeceniać swoich możliwości – moja mama wysiadła po ok 5 minutach. Lepiej dłużej, a mniej intensywnie bo tkanka tłuszczowa zaczyna się spalać dopiero po 30 minutach wysiłku. Na początek polecam skalpel – jest on typowo na mięśnie, kształtowanie sylwetki i napięcie skóry (m.in cellulit). Ma spokojne tempo, ja określam go treningiem „rozcigającym”. Zrezygnowałam z niego jakiś czas temu, ale na początek jest dobrym rozwiązaniem. Wg Ewy killer i turbo spalają 600 kcal, skalpel – 400. Do tego trzeba doliczyć że nic nie robiąc spalamy dziennie 1300 kcal – po prostu oddychając, nawet leżąc. Staraj się zawsze doliczyć do tego dziennego 1300 kcal trening ( np 1300 + skalpel = 1700) i zjadać mniej więcej taką ilość kalorii. Oczywiście wszystko zależy od PPM – podstawowej przemiany materii. (wzór dostępny: http://www.we-dwoje.pl/ile;kalorii;spalam;w;ciagu;doby,artykul,4443.html). Wg dietetyków wystarczy od dziennego PPM odjąć 500 kcal, aby schudnąć. Oczywiście doliczając ćwiczenia.
Treningi: (w kolejności od najbardziej intensywnego)
-turbo: http://www.youtube.com/watch?v=cGoSK5oVocU (spala 600 kcal)
-killer: http://www.youtube.com/watch?v=G2mr7bowpxw (prawie tak samo zaawansowany jak turbo, wg niektórych osób nawet bardziej,spala również 600 kcal)
-skalpel http://www.youtube.com/watch?v=Qt5mCTVc1wk (lekki i przyjemny, spala 400 kcal).
Moja rada: pierwszy tydzień robić skalpel przynajmniej 3 razy w tygodniu, później jeżeli czujemy się na siłach można przejść do killera/turbo. Co do ćwiczeń – Ewa wyjaśnia na początku każdego filmiku. Tylko killer i turbo są poprzedzone treningiem cardio, więc jeżeli decydujemy się na dłuższe ćwiczenie skalpela warto pomyśleć o dodatkowym bieganiu czy jeździe na rowerze. WSZYSTKIE TRENINGI OPRÓCZ EFEKTÓW WIZUALNYCH WPŁYWAJĄ NA PSYCHIKĘ, PODNOSZĄ HORMON SZCZĘŚCIA POPRZEZ ENDORFINY I POPRAWIAJĄ SAMOPOCZUCIE – sprawdziłam to na sobie :)
Mam również książkę Ewy i jej partnera Lefteris’a Kavoukis’a – 30 dni, na każdy dzień trening, jadłospis i motywacja. Nie korzystam z niej, ponieważ sama układam sobie jadłospisy i treningi, ale gdy książka wyszła w kwietniu – do teraz 100% osób na facebooku potwierdza jej skuteczność.
Ćwiczę codziennie rano, ale np wczoraj miałam ochotę na więcej, więc na śniadanie killer, na kolację turbo. Oczywiście poprzedzając oba treningi pełnowartościowym posiłkiem. Dodatkowo ćwiczę 8 min abs (http://www.youtube.com/watch?v=W-9L0J_9qag) jest trudny, ale świetny, również polecam.
Od siebie mogę również dodać, że chudnę teraz więcej niż na głodówkach. Nie jestem śpiąca, wszystko mnie cieszy, czerpię radość z życia. Dodatkowo przyjmuję magnez z witaminą B6 w postaci tabletek „Chela-Mag B6″. Bez witaminy B6 nasze odchudzanie będzie nieskuteczne, a nawet waga nie ruszy się kompletnie. Jest to bardzo dobry suplement diety, magnez poprawia kondycję, myślenie, wpływa na dobre samopoczucie. Nie polecam żadnych leków odchudzających itd – sami damy radę bez sztucznych wspomagaczy. :)

Siła wraca podwójnie !

Bo jak coś robić, to nie dla siebie, ale zarazem dla innych. Chyba każdy zna cytat „co chcesz robić w przyszłości ? chcę być szczęśliwym”, jako nieporozumienie. A może właśnie to jest przekaz, tylko że zbyt często zamykamy się na te najprostsze sentencje?
Jak już dojdziemy do wyznaczenia tego ‘szczęścia’ o którym wszyscy mówią, to w większości nie znamy jego definicji. Wiemy, że chcemy być szczęśliwi, nasze w większości przypadków – największe marzenie. Ale samo się nie spełni. Oprócz tego, że musimy mu pomóc, najpierw wiedzmy o czym w ogóle marzymy. Trzeba sobie wyznaczyć cele, spisać wszystko co chcemy zmienić. Będą się z czasem zmieniać, przybywać, ale po zdobyciu każdego punktu samozadowolenie jest bliższe. Przede wszystkim cele muszą być realne i nie skupiać się tylko na sobie. Co z tego, że my będziemy szczęśliwi a inni dookoła nas będą cierpieć. Ja coś od losu dostałem, a ten drugi miał nieszczęśliwy przypadek. To co dostajemy i tak nie jest w pełni przez nas wykorzystane, więc tą część którą możemy się podzielić – oddajmy. Szczęście będzie podwójne, bo dla mnie widzieć uśmiech na czyjejś twarzy to także kolejny powód dla którego ja chcę się uśmiechać. Nie każdy urodził się zdrowy, w pełnej rodzinie czy z dachem nad głową. Duża część, a praktycznie jeszcze większa niż z kwestii przypadku, kłopoty sama sobie przyswaja. Zamiast szukać dziury w całym, pomóżmy innym z ich problemami zamiast sami dokładać swoich. W ten sposób będziemy pomniejszać grono nieszczęśliwych – pomagając innym zadowolimy i siebie i ich. Gdy spojrzy na nas dziecko, uśmiechnie się. Gdy spojrzy na nas osoba starsza – też się uśmiechnie. Ale gdy popatrzymy na dorosłych, nastolatków – oprócz szybkiego odwrotu wzroku nie otrzymamy nic. Młodzi dzielą się uśmiechem, bo wiedzą że będzie im odwzajemniony. Starsi przeżyli tyle, że chcą się dzielić resztkami sił i dawać radość jak najszerzej. Oni wiedzą najlepiej na czym polega życie i doszli do wniosku że dzielenie się z innymi jest najważniejsze. Nie ‘dostawać’, lecz ‘dawać’. Gdy dajemy, zarazem dostajemy. Uśmiech, podziękowanie, nie ma mowy o rzeczach materialnych, ale o tych najprostszych– emocjach.
Gdy spotkamy w sklepie, w restauracji, gdziekolwiek osobę która nas obsługuje z uśmiechem – sami automatycznie polepszamy swój nastrój. Gdy mamy do czynienia z osoba gburowatą, taką która wygląda jakby ktoś ja zmusił do życia – przechodzi to i na nas.
Tak samo jest z innymi – to od nas zależy czy będziemy zarażać optymizmem, czy roznosić zły nastrój. Humor to najbardziej zaraźliwa rzecz. O wiele bardziej niż przeziębienie czy choroba. Uwierz w siebie, nie patrz na innych. To, że żyjesz w złym środowisku, oznacza że brakuje twojej interwencji w tej sprawie. Nie wymagaj od innych. Rozejrzyj się dookoła siebie. Jest w twojej obecności osoba, która może zmienić wszystko. Tak, to ta osoba którą widzisz stojąc przed lustrem. Tylko ona może zrobić to co TY chcesz. Tylko tą osobą możesz TY manipulować i mieć na nią wpływ. Świata od razu nie da się zmienić. Ale twój świat, swoją osobę można przekształcić całkowicie. Wymaga to tylko chęci i motywacji. Zmień siebie i swoje nastawienie do życia. Nie potrzebujesz internetu. Zamiast pisać, spotkaj się z tą osobą. Przez monitor nie pokażesz jej uśmiechu, nie przekażesz dobra i optymistycznych myśli. Grami nie pokażesz innym, że może być lepiej. Ten świat upada, bo my upadamy. Zamiast zganiać na innych, zacznij myśleć co Ty możesz zrobić. Bo tylko życie poświęcone innym jest warte tego, żeby się nim cieszyć. Jeżeli wywołałeś na czyjejś twarzy uśmiech, dopisz to do sukcesów. Jeżeli wybierzesz w życiu taką drogę, którą chcesz nieść coś innym, wiedz ze jesteś bezcennym człowiekiem. Każdy jest każdemu równy, każdy rodzi się na tym samym poziomie. To od nastawienia zależy, nie od poziomu w grze, jakie będzie nasze życie. Przemyśl, czy to co robisz ma sens i czy dajesz coś innym dzięki temu. Czy to ma przyszłość i co się stanie jeżeli tego zabraknie. Nie jest warto trwać dla siebie. Warto jest żyć, dla siebie i dla innych. Twój uśmiech możesz przekazać dalej, tylko otwórz się bo to najważniejsze. Nie trwać, ale żyć. Pamiętaj o tym i zamień to w czyny. Wróci z podwójną siłą ;)

O mnie.

Ostrzeganie innych, w żadnym razie użalanie się. Nic z tych rzeczy. Piszę, żeby ostrzegać. A jest przed czym. W skrócie mówiąc, chcę poruszyć pewien temat. Temat choroby, która z pozorów może wydawać się łatwą do wyleczenia, a nawet taką której leczyć nie trzeba. Przyczepiła się także do mnie i trzymamy się razem od 6 miesięcy. Moje życie można opisać jednym słowem – bulimia. Nie, to nie ta choroba, gdzie gdy coś się zje, zaraz wszystko zostaje zwrócone. To jest właśnie ten największy błąd w rozumowaniu jej. Chcę przybliżyć tę chorobę nie z medycznego punktu widzenia, ale z perspektywy osoby chorej. Takie zachowanie, gdy po przyjęciu pokarmu w nawet najmniejszej ilości chcemy się go pozbyć to anoreksja, a nie o niej mowa, choć jest równie poważna. Bulimia siedzi bardziej w psychice niż w ciele, na tym polega jej drastyczny przebieg. U każdego wygląda to inaczej, jednak ja chciałam opisać ją z punktu widzenia zwykłej bulimiczki – mnie. Występują przy niej bardzo dziwne symptomy – po kompulsywnym jedzeniu boję się wychodzić do ludzi, nie lubię oglądać filmów bo aktorki są szczupłe, podobają mi się anorektyczki i chciałabym wyglądać jak jedna z nich, gdy się najem sądzę że jestem tak beznadziejna iż każdy w tej chwili ma prawo nazwać mnie od najgorszych. W definicji bulimii zalazłam zdanie: „dla chorych jedzenie jest namiastką miłości bądź akceptacją”. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. W momencie w którym mam pewien problem, gdy nie wiem jak z niego wyjść – jem. Ale tak właściwie czym jest bulimia ? Przecież ma coś wspólnego z przeczyszczaniem się i jedzeniem. Oczywiście, że tak. Ogólnie polega na tym że bulimiczki są na ciągłych dietach restrykcyjnych bądź głodówkach które przerywane są napadami głodu. Taki napad to nie kilka ciastek, czy 2 razy większy obiad. To są takie ilości jedzenia, które są niewyobrażalne dla normalnego, przeciętnego człowieka. Jednorazowo mogę zjeść tyle, ile przeciętny człowiek je przez 3 dni. I tak w przeciągu kilku minut. Po takim napadzie głodu nie czuję satysfakcji, lecz ból. Nie tylko ten żołądka, który skurczony po głodówce i ubogokalorycznej diecie jest rozpychany do granic możliwości, ale ten w głowie. Gdy jem kompulsywnie jestem jak robot. Nie myślę nad tym co robię, nie myślę nad tym co jem i jakie to ma skutki. Gdy już to wielkie obżarstwo się skończy, wyrzuty są ogromne. Jedne bulimiczki wymiotują, nie tylko dlatego że nie chcą przytyć ale też dlatego że jedzenie po prostu nie mieści się w żołądku. Inne biorą leki przeczyszczające, jeszcze inne katują się ćwiczeniami. Ja po takim napadzie robię głodówkę po czym bardzo restrykcyjną dietę. Ćwiczę do momentu aż zrobi mi się słabo. Piję herbatki które tak naprawdę tylko odwadniają. Biorę proszki, które mają za zadanie oddać jak najwięcej wody z organizmu. Dolewam ocet, który ma hamować głód. Biorę chrom w tabletkach, który ma a dłuższą metę nieodpowiednie skutki w zdrowiu. Czasami wiążę się bandażem, żeby nie być głodna. Po prostu: napad i oczyszczenie. W jakikolwiek sposób. Nie wiem czym jest ograniczenie, czy samokontrola. Wiem, że nie panuję nad tym co robię i nie boję się do tego przyznać. Szczerości nie bałam się nigdy i tak jest do teraz. Ta choroba mnie przerasta i dopiero w tym momencie, po pół roku, jestem w stanie przyznać, że nie wiem co dalej robić. Mój świat kręci się wokół jedzenia. I nie chodzi tutaj o zdrowe odżywianie, bądź jakiekolwiek inne cele zdrowotne, bo zdrowie dla mnie jest najmniej ważne. Interesuję się wszystkimi dookoła, ale nie sobą. Mogę ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że ta choroba zniszczyła mi życie. Wycięła mi z życiorysu pół roku. Pół roku, które mogłam spędzić inaczej. Opuściłam strasznie dużo godzin lekcjach. Prawie nikt nie wiedział, że nie chodziłam do szkoły, bo dzień wcześniej się.. najadłam. A przecież po jedzeniu nie mogę wyjść do innych. Gdy komuś powiedziałam, mówili „ i tak pewnie nic nie przytyłaś”. A problem jest taki, że po napadzie potrafię przytyć nawet 4 kg. Niewyobrażalne, ale jak już wiele razy powtórzyłam – bulimia zagina wszystko. Jakieś skutki zdrowotne tego też są, przecież to podstawa przy takich chorobach. Anemia, arytmia serca, przypływy gorąca, wyrzuty insuliny, blada skóra, osłabione zęby.. no i te psychiczne: stany lękowe, brak samoakceptacji, poczucie braku samokontroli, samokrytyka, stałe myślenie o jedzeniu. Dlatego ja, pomimo że często nic nie jem i jestem na bardzo rygorystycznej diecie – nie chudnę. Bo czym jest 3 dniowe odchudzanie w porównaniu do napadu. Wszystko wraca. Starałam się jeść więcej na diecie, żeby uniknąć napadów – i tak występowały.
Może zacznijmy od początku, wracając do czasów września 2012 roku.. sama nie wiem co się do tego przyczyniło, ale po prostu chciałam schudnąć. Nie było żadnych konkretnych powodów, po prostu chęć bycia szczupłą. Być może chude osoby w moim otoczeniu, może wpływ mediów .. sama nie wiem, w każdym razie zaczęłam od diety 1300 kcal. Wszystko pod kontrolą, zdrowe odżywianie, 5 posiłków dziennie i stały nadzór. Pod koniec września zdarzył się mały wypadek przez który musiałam zmienić żywienie, wprowadzić żelatynę, wapń i wszystko co na zrastanie się kości. Jako, że nie znałam się wtedy na wartościach odżywczych, a o dietetyce nie miałam pojęcia – po prostu ‘wyszłam’ z diety. Nawyki zdążyły się już we mnie utrwalić, a chudnięcie bardzo mi się spodobało. Wróciłam do diety, ale jedzenie zaczynało mi się nudzić. W kółko te same potrawy, bo przecież wszystko leciało z jednego jadłospisu. Przed świętami postanowiłam że się „najem” a po nich znów zacznę dietę. Gdy sięgam wstecz, to właśnie wtedy rozpoznaję u siebie pierwszy napad głodu. Przez całe święta nie wychodziłam do ludzi bo się bałam że powiedzą „przytyłaś”. Największa porażka życia. Ale wtedy nawet nie myślałam o czymś takim jak bulimia. We ferie stwierdziłam, że schudnę a ze względu na pewne problemy emocjonalne, które mi to ułatwiły wszystko przyszło jeszcze prościej. Jedzenie stało się przymusem, gdybym mogła, nic bym wtedy nie jadła. Do tych czasów chciałabym się cofnąć i pozostać. Schudłam 6 kg, miałam niedowagę i nadal chudłam. Większość dnia przesypiałam, nie chodziłam na wf, nie miałam siły na naukę. Chłopacy przestali pisać, dziewczyny też się oddaliły. Zostali najbliżsi. Zakładałam wtedy większe ubrania, bo mama ciągle powtarzała że za bardzo chudnę. Mówiła, że mam twarz jak szczur. Ciągle kontrolowała wagę, aż zabrała mnie na badania. Wyszła anemia. Z nerwów, że mogę nie mieć siły na konie nagle zaczęłam jeść. Przytyłam 10 kg i nie czułam wyrzutów.. tylko na jakiś czas. Później wszystko wróciło i tak jest do teraz. Moje życie ciągnie się pomiędzy napadami głodu a głodówkami. Gospodarka hormonalna ulega zmianom, psychikę mam bardzo słabą. Nie boję się mówić o tej chorobie. Chcę z nią walczyć. Pomocy od nikogo nie uzyskuję i nie oczekuję. Wyjdę z tego sama, to będzie mój największy sukces jakiego dokonałam. Alkoholik jest alkoholikiem do końca życia, bulimiczka jest bulimiczką również do śmierci. Wiem, że ta choroba wejdzie ze mną aż do grobu, bo zostawia nieodwracalne ślady, ale mogę z nią walczyć. Był taki czas, że szukałam pomocy u bliskich ale wiem że liczyć mogę tylko a siebie. Nie wiem jak będzie wyglądać moje życie w przyszłości, czy będę tak bardzo przywiązywała wagę do jedzenia, czy nie będę bała się mieć dzieci które gdy są małe, całe w tłuszczu a jest on czymś co wywołuje we mnie największe obrzydzenie. Teraz po jedzeniu staram się wychodzić do ludzi, chociaż taką motywację mam by nie jeść. W sumie przytyłam 7 kg, a od momentu w którym było już naprawdę nieźle – 13 kg. Zdrowe odżywianie, które miało zgubić 4 kg przeobraziło się w bulimię. Sukę, która niszczy mi życie. Przez nią zaniedbałam najbliższych, siebie, szkołę. Totalny brak szacunku do własnego ciała, uszczerbki na zdrowiu . W okresach głodówek ważę mniej, ale po napadzie – z bólem wchodzę na wagę. Gdy ktoś żartuje ze mnie, z jedzenia – śmieję się z nim. Udaję, że to nic takiego. Wszystko rozgrywa się w 4 ścianach, gdy zostaję sama. Z pozorów nie widać, żebym przejmowała się jedzeniem. Bulimiczkę trudno rozpoznać, bo nie jest jak anorektyczka – wychudzona, a często ma nawet nadwagę. Na ścianie nadal wisi słynny cytat „quod me nutrit me destruit”. Wartości odżywcze uporządkowane w głowie. Zasady pro any i pro mia jak tabliczka mnożenia plączą się między myślami. Tylko ja jestem nadal w tym samym miejscu. Starając się pozmieniać w cytacie literki, tak aby wyszło coś motywacyjnego. Nie wiem ile walka czasu zajmie, nie wiem kiedy znajdę kogoś lub coś, dla kogo będzie sens wyzdrowieć. Wiem za to, że zwycięstwo będzie tak ogromne, że udowodnię iż nie potrzebowałam niczyjej pomocy. Bo im trudniejszej walki się podejmujemy, tym wygrana ma piękniejszą siłę. Nigdy nie poddać się manipulacjom otoczenia, to największy błąd.

Pierwszy posiłek w ciągu dnia

Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia. Daje energię nie tylko na cały poranek, ale cały dzień. Powinno być spożyte do 2 godzin po przebudzeniu, im wcześniej tym lepiej. Wiele osób rano nie czuje głodu, więc je śniadanie dopiero kilka godzin później. Glukoza, która normowała się w nocy przyczynia się do tego, że nie odczuwamy głodu. Często z rana jest nam niedobrze, nawet przed tym jak zaczniemy jeść. Świadczy to o źle skomponowanej kolacji, zjedzonej zbyt wcześnie, zbyt późno, bądź zawierającej niewłaściwe składniki pokarmowe.
Na śniadanie niektórzy preferują płatki, inni pieczywo. Pierwszy posiłek jest praktycznie cały spalony, poniewaz przez cały dzień go trawimy. Skoro wszystko spalamy, to można zjeść słodkie rogaliki, batona i bardziej kaloryczne rzeczy ? Niestety, nie. Gdy śniadanie będzie zbyt duże nie spełni ono swojej funkcji – dopalacza. Ma dawać energię, a nie wywoływać ospałość. Zjedzenie zbyt duzej zawki cukru we wczesnych godzinach przyczynia się do ospałości w późniejszych porach, rozdrażnieniu i braku skupienia. Przeciążamy nie tylko wątrobę, trzustkę, żołądek ale także umysł.
Skoro nie czujemy z rana głodu, czy warto nie jeść śniadania w celu odchudzania ? Przecież nie musimy się powstrzymywać, nie czujemy się głodni.
Niestety, jest to błędne stwierdzenie. Niejedzenie śniadań ma tylko złe skutki. Cellulit, ospałość, podjadanie, jedzenie większych porcji jedzenia. Jak to się dzieje ? Nie jedząc najważniejszego posiłku dnia skutki otrzymujemy w cellulicie – wytwarza się on ponieważ pokarm dostarczony jest poźniej. Drugi negatwny skutek – ospałość. Jeżeli posiłek ten skomponujemy źle, bądź wcale go nie zjemy – możemy poczuć jak w późniejszych godzinach czujemy osłabienie, brak sił, lenistwo. To ostatnie nie jest spowodowane naszym naturalnym niechceniem, ale brakiem energii czerpanej z węglowodanów w godzinach porannych. Na wynikach badań stwierdzono, że osoby które nie spożywały śniadań, jadly większe posiłki oraz podjadały w godzinach popołudniowych. Jest to skutkiem obnizenia się poziomu glukozy we krwi – wtedy nie można obwiniać łakomstwa, ponieważ obniżony poziom cukru we krwi jest rzeczą całkiem inną niż brak silnej woli. Organizm się broni, w przypadku spadku glukozy można popaść w śpiączkę – u osób zdrowych. U osób chorych w przypadku zbyt późnej reakcji prowadzi to do śmierci.
Jeżeli chcemy poczuć słodki smak, zrezygnujmy z wysoko słodzonych dżemów, słodkich rogalików, platków które z płatkami nie mają zbyt wiele wspólnego, maseł orzechowych typu nutella i innych słodkości. Zamiast tego wybierzmy ciemne pieczywo, które uwalnia węglowodany powoli przez co czujemy na dłuzej nasycenie, ponieważ nie zawierają cukrow tak jak słodycze – nie wywołują wyrzutu insuliny, energia uwalniana jest powoli, przez co mamy siłę przez dłuższy czas. Dla osób ktore z płatków nie potrafią zrezygnować proponuje się muesli, chociaz te najnowsze wyrządzają wiecej szkody niż przyczyniają się do ochrony zdrowia. Zawierają niezdrowe syropy (glukozowy i fruktozowy), duze ilości cukru, słodziki i barwniki. To tylko niektóre z nich. Zamiast tego lepiej ugotować na wodzie bądź mleku 5 łyżek płatków owsianych, dorzucić rodzynki, suszoną żurawinę, siemię lniane, pestki dyni bądź słonecznika, a na pewno będzie to o wiele zdrowsze i smaczniejsze, niz sztucznie barwione płatki czekoladowe. Grahamki – są plusy i minusy. Nie są one z tej samej mąki co chleb razowy – mąka graham z dodatkiem mąki pszennej. Pieczywo razowe z pewnością jest bardziej sprzyjające w odchudzaniu. Mąka pszenna to ta, z ktorej są naleśniki, chleb biały, rogaliki, drożdżówki i wiele wiele innych. W grahamkach jest jej mniej poniewaz jest wymieszana z otrębami i mąką graham, ale nie można o niej zapomnieć. Nie popadając w skrajności, można sobie pozwolić na grahamki, ale uważajmy! Nie każda ciemna bułka, bądź bułka z ziarnami to grahamka. Większość w sklepach stanowią zwykłe bułki, zabarwiane karmelem, posypane ziarnami. Mają one jeszcze więcej kcal niż kajzerki. Nie sugerujmy się również tym, że białe bułki mają mniej kcal, po nich jesteśmy głodni a sposób w jaki sa one przyrządzane w sklepach, co sprawia że są ciepłe i zapachem przyciągają klientów, jest okropny. Mają w swoim składzie bardzo dużo szkodliwych substancji których zadaniem jest polepszenie smaku.
Kolejnym dobrym wariantem na śniadanie jest jogurt naturalny z otrębami bądź serek ziarnisty. Wiosną i latem – sezonowe owoce.
To co zjemy z rana będzie decydować o naszym myśleniu, sile i sposobie bycia, nawet o tym czy będziemy tego dnia bardziej złośliwi i poddenerwowani, czy spokojni. Jedzenie pełni większą funkcję w zyciu człowieka, niż nam się wydaje. Jest jak paliwo, które nas napędza. Nie ciało, lecz umysł. Warto pamiętać.

Podstawy :)

Na śniadanie drożdżówka lub płatki, w szkole batonik, na obiad jakiś fast food, na podwieczorek pół paczki ciastek i chipsy a na kolację tosty z dużą ilością sera i ketchupem. Tak wygląda dzienne menu większości osób. Coś nie tak, to wymaga zmian. Jednak jeżeli jesteś szczęśliwy z tym co jesz, a twój dzienny jadłospis wyglądająca nieco inaczej, ale uwzględnia to na co masz ochotę – nie zmieniaj tego, lecz ogranicz ilościowo niezdrowe rzeczy i zacznij ćwiczyć. Schudniesz z pewnością. Decyzja przejścia na dietę jest bardzo poważną decyzją. Decydując się na taką zmianę, nasze życie będzie inne bezpowrotnie. Rzadko kiedy ktoś po miesięcznej diecie wraca do starych nawyków żywieniowych bo po prostu te kilogramy wrócą. Dieta jest na całe życie. Ja nie wyobrażam sobie nagle odpuścić. Zapomniałam już jak to jest jeść normalnie. Nie umiem kupić sobie nic niezdrowego, po prostu jest to dla mnie zadanie nie do wykonania. Mój mózg jest tak nastawiony, że dla niego słodycze czy niezdrowe jedzenie to grzech. Po zjedzeniu czegoś spoza diety czuję dosłownie ból. Nie o fizyczny mi chodzi, ale o ten psychiczny. Oczywiście nigdy nie będzie to moja wcześniejsza decyzja tylko np. zaproponowane czegoś przez mamę.
Przejście na dietę zmienia nie tylko ciało, ale psychikę, sposób rozumowania a także postrzeganie świata. Po dniu w którym idealnie przestrzegamy diety, czujemy się lepiej. Zasypianie bez wyrzutów sumienia to jedno z najpiękniejszych uczuć jak dla mnie. Daje to taką satysfakcję i radość że jest aż niepojęte. Moment w którym decydujemy się na zmiany to moment w którym przejmujemy nowe nawyki. Nie tylko te żywieniowe. Waga obrazuje nasze porażki i sukcesy, analiza tego co zjedliśmy decyduje o tym czy mamy być z siebie dumni. Sprawdzanie kalorii na opakowaniu, sumowanie ich wieczorem i porażka albo duma. Przyznaję się, że nie potrafię zjeść niczego, nie sprawdzając wcześniej wartości odżywczych. Kalorie i skład są dla mnie podstawą przed jedzeniem. Nie raz zdarzyło się ze czegoś nie zjadłam, bo w składzie miało coś co mi nie odpowiada. Wolałam zjeść suchy chleb zamiast posmarować go serkiem w którym znajdowało się mleko w proszku. Płatków na śniadanie nie jadam bo wszystkie są z cukrem. Chleba nie smaruję, bo masło to tłuszcz. Gotuję tylko na parze, ze świadomością tego że tłuszcze są potrzebne do odpowiedniego trawienia. Nie potrafię zjeść czegoś, od czego mogłabym przytyć. Mam pod tym względem bardzo zakrzywione myślenie. Prawda jest taka, że można jeść WSZYSTKO, lecz w umiarkowanych ilościach. Wiem o tym doskonale, ale nie potrafię tego zaakceptować.
Dla niektórych dieta to tylko kwestia odchudzania. Dla innych w tym dla mnie to kwestia sposobu na życie. Znam kaloryczność większości produktów jakie codziennie spożywamy, wiem co powinno być w składzie produktów żeby były zdrowe, wiem jak komponować posiłki żeby były pełnowartościowe, wiem co to indeks glikemiczny i orientuję się które produkty mają najniższy. Oprócz tej dobrej wiedzy, nabyłam też tą złą. Jak udać że się coś zjadło, nie robiąc tego. Jak sprawić w 2 sekundy żeby żołądek „zmniejszył” się tak, żeby z głodu po 2 dniach niejedzenia poczuć nasycenie. Wiem co pić, żeby chudnąć. Wiem jak nastawić myślenie, na zupełnie inne niż dotychczas.
Wszystko ma swoje wady i zalety. Dieta to nie tylko pozytywy. Oprócz tego że odżywiamy się zdrowo i zmieniamy styl życia, możemy popaść w skrajności. Każdy zaczynał od zwykłego odchudzania. Nikt od razu sobie nie powiedział: „będę bulimiczką” czy „będę należeć do EDNOS”. To przychodzi z czasem, ale gdy już przyjdzie – nie ma odwrotu.
Odchudzanie w dzisiejszych czasach jest tak modne, że odchudzają się nawet osoby mające BMI w normie bądź poniżej jej granicy. Zamiast tego wystarczyło by zmniejszyć posiłki i dodać trochę ruchu. To nie prowadzi do zaburzeń odżywiania.
Jadłospis, który umieściłam na samej górze, pomimo że może wydawać się dla niektórych „pełnią szczęścia” – przysporzy samych kłopotów. Na śniadanie większość preferuje płatki –ale mało kto wie, że zawierają bardzo niezdrowy syrop glukozowy, bądź glukozowo – fruktozowy. Nie mówiąc już o tym, ile cukru jest do nich dosypywane. Z rana nasza trzustka nie jest rozbudzona, a taka dawka węglowodanów w postaci słodkich płatków może ją tylko przeciążyć, co skutkuje nagłym przypływem energii, a ponieważ mają bardzo wysoki indeks glikemiczny – godzinę po jedzeniu czujemy rozdrażnienie, ospałość i głód. Porcja płatków ma wartość 2 wielkich kromek razowego chleba. W nim nie ma cukru, zawiera tylko węglowodany które będą rozkładać się w naszym organizmie powoli uwalniając potrzebną energię bez nagłego ataku na trzustkę – która nie musi produkować tyle insuliny.
Wszystkie słodycze zawierają wysoki indeks glikemiczny więc ogólne ich spożywanie każdej postaci skutkuje nagłym skokiem insuliny. Każde spożycie cukru obciąża bezpowrotnie trzustkę. Wyobraźcie sobie, że dopiero co się wybudzacie, nagle ktoś rzuca do was ciężkimi przedmiotami a wy musicie je łapać i przenosić. Taką pracę ma trzustka. W pewnym wieku nie będzie miała już na takie coś siły i po prostu wysiądzie – powszechnie mówiąc – skutkuje to cukrzycą.
Makaron z sosem, ziemniaki z ciężkimi dodatkami, zupa ze śmietaną… wszystko do czasu. Nie makaron, nie ziemniaki, nie zupy są kaloryczne i niezdrowe, lecz to co do nich dodajemy. Ziemniaki w 75% składają się z wody, to co dodaje im kaloryczności to sosy. Po zjedzeniu młodych ziemniaków czujemy się najedzeni na długi czas, nie czujemy ciężkości i łatwo je trawimy. Dodając do nich sos nie tylko „zalewamy” występujące w nich składniki odżywcze (witamina C występująca zaraz pod skórką) ale także wpływamy niekorzystnie na nasze samopoczucie. Po obiedzie nie powinniśmy czuć się pełni, często mówimy: „poczekaj, muszę odpocząć po obiedzie”. Jeżeli wypowiadamy takie słowa, oznacza to że nasz posiłek nie był odpowiednio skomponowany. Makarony również nie sa niezdrowe, ale te o niższym indeksie glikemicznym to pełnoziarniste. Ja osobiście je polecam, dla mnie smakują o wiele lepiej niż białe, być może dlatego że ja ogólnie darzę miłością produkty zbożowe.
Na podwieczorek często wybieramy paluszki, chipsy i ogólnie słone przekąski. Są to produkty należące do 5 najbardziej kalorycznych produktów istniejących na świecie! Chude osoby często nie zdają sobie sprawy jak niekorzystnie wpływają one na nasze zdrowie. Sól zatrzymuje wodę w organizmie, przez co czasami możemy odczuć efekt „puchnięcia”. Ręce tłuste po zjedzeniu chipsów – nic gorszego. Sam olej. Nie dość że jest to obrzydliwe to niezdrowe.
Na kolację dużo osób lubi zjeść tosty. Najlepiej z ketchupem i dużą ilością sera. Ketchup ponoć zdrowy, przecież z pomidorów. Z pomidorami ma tyle wspólnego, że spotkali się przy naklejaniu etykiety na opakowanie. Żółty ser zawiera ogromne ilości tłuszczu. Jego unikam najbardziej, tak jak i słodyczy. Gdy weźmiemy w rękę ser w kostce i zgnieciemy, zauważymy jak wielkie ilości tłuszczu zawiera on w sobie.
Racjonalne żywienie – nie tylko przy odchudzaniu. Każdy kto nie zwraca uwagi na to co je jest skazany na konsekwencje. Wcześniej, czy później – i tak się pojawią. Teraz się nie przejmujesz, mówisz co będzie to będzie, a tak naprawdę zmiana kilku czynników wystarczyłaby żeby zmienić samopoczucie, dostarczyć więcej energii, zadbać o zęby i zdrowie. Nie mówię tego tak jak zdesperowana matka która martwi się o swoje dziecko – mówię to, bo mam do czynienia z osobami które już we wczesnym wieku mają problemy ze zdrowiem. Są chude więc nie interesują się tym co jedzą. W niektórych przypadkach nawet przed 18 rokiem życia pojawiają się konsekwencje. Metabolizm nie na zawsze będzie taki jak jest teraz. To że teraz możesz jeść na co masz ochotę i nie tyjesz, nie oznacza że zawsze tak będzie. Już po 20 roku życia opóźnia się on bezpowrotnie, z pewnością to odczujesz. Myślę, że warto przemyśleć kwestię nawyków i odżywiania. Nie popadać w skrajności, ale zadbać od siebie. Organizm wynagrodzi to zdrowiem i dobrym samopoczuciem. To co jesz świadczy o tobie. Olej i cukier to chyba nic dobrego. Przynajmniej według mnie.