Pomocna, przyjacielska, dobra… może aż zbyt dobra by
istnieć w tym przesadnie sztucznym, pełnym okrucieństwa i braku empatii świecie?
Nigdy większych problemów nie miała. Rodzice dawali jej to, czego chciała.
Wszystko na wyciągnięcie ręki, ale nie uważała się w żadnym wypadku za lepszą. Piętnastoletnia
Anne była aż do czasu trzeciej klasy gimnazjum szczęśliwą, niewyróżniającą się
wśród innych niczym prócz wielkiego serca szczególnie dla zwierząt. Skromność i
nieśmiałość, takie cechy przypisywali jej przyjaciele. Czytanie, pomoc w schronisku, jazda na rowerze
wypełniały jej wolny czas. Nie zapominała o nauce, która była dla niej priorytetem.
Zawsze było coś, co Anne nie
pasowało. Sama nie wiedziała co to jest.. samotność? Ale przecież tyle
przyjaciół dookoła, rodzina, zwierzęta.. nie to na pewno nie to. Wygląd? Nie
przywiązywała do tego nigdy większej uwagi. Brak zajęcia? Kocha zwierzęta, nigdy się nudzi.. a może to brak akceptacji?
Rówieśnicy zawsze ją akceptowali taką, jaka była. Nie różniła się zachowaniem
ani wyglądem od przeciętnej uczennicy gimnazjum, więc dlaczego miałaby być
nieakceptowana? A jednak, akceptacja nie zależy tylko od innych, najważniejsze,
by otrzymywać ją od siebie. Właśnie tego w życiu Anne brakowało. Nie potrafiła
zaakceptować samej siebie. Przeszkadzały jej najmniejsze detale. Puszące się
włosy, kolor oczów który od dzieciństwa chciała mieć inny, wzrost do którego
dodałaby dziesięć centymetrów.. no i tusza. Nigdy do grubych osób nie należała,
ale nie mogła nazwać siebie chudziną. Zdarzało jej się usłyszeć, że ma
okrąglutką twarz czy szerokie bioderka, ale przecież to zalety. W jej domu
często powtarzano, że trzeba mieć dobrą figurę, na grubasów patrzono z pogardą.
Mama mówiła jej w dzieciństwie, że tego jej nie kupi, tamtego nie ugotuje bo
jeszcze przytyje. Tata lubił żartować, że jest jego tłuścioszkiem. Kto by się
tym przejmował?
By polepszyć jakość swojego życia
z czasem zmieniła fryzurę, założyła aparat na zęby, wzrostem przestała się
przejmować, ale nie potrafiła zaakceptować swojej wagi i figury. Wcześniej nie
spodziewałaby się, co przyniosą najbliższe miesiące..
Po dłuższych rozmyślaniach i
staraniu się polubienia własnego ciała namówiła mamę na wizytę w poradni
dietetycznej. Chodziło o zaledwie kilka kilogramów, na które tak naprawdę nikt
nie zwracał uwagi z wyjątkiem jej samej. Z gabinetu wyszła z wielkim uśmiechem
na twarzy, pełna nadziei na najbliższe cztery tygodnie, bo właśnie tyle miała
trwać dieta. Wizje i plany, które snuła jako nagrody za wytrwałość w
postanowieniu, basen, zakupy… każdy kolejny utracony kilogram to powód do
radości!
Kilogramy spadały. Powoli, lecz
dla Anne nie było to problemem. Gdy wreszcie osiągnęła wymarzoną wagę, cieszyła
się ze swojego sukcesu. Stwierdziła, że to koniec z dietą i żyła jak dawniej, nieświadoma
tego, że życie podczas diety zmienia się bezpowrotnie. Znała podstawowe
składniki znajdujące się w jedzeniu, sprawdzała tabele kaloryczności niektórych
produktów… wszystko z rozsądkiem i umiarem.
Waga poszła w kąt, życie wiodła
jak wcześniej. Poza jej ciałem nic się nie zmieniło.
Sposoby na wypełnienie smutku są
różne – jedni słuchają muzyki, drudzy idą na długi spacer, inni zaś szukają
pocieszenia. Tak naprawdę Anne problemów nigdy nie miała, więc gdy odszedł jej
najbliższy przyjaciel z którym spędziła większość życia, nie wiedziała co
robić. Nic nie pomagało. Przyjaciele, muzyka.. nic nie było w stanie wypełnić
pustki po stracie kogoś bliskiego… tak mogło się wydawać. ‘A może coś zjem?
Czekolada ponoć poprawia humor..’ – pomyślała pewnego dnia. Niektóre osoby z
nerwów nie potrafią nic przełknąć, ale Anne nie należała raczej do tego grona.
Nauczyła się zajadać smutek i uczucia. Pomimo, że ból po stracie przyjaciela
był już o wiele mniejszy i coraz rzadziej o tym myślała, jedzenie ‘pomagało’
jej w każdym problemie. Kłótnia z rodzicami czy zła ocena – ciasto zawsze
poprawi nastrój!
Coraz rzadziej widziano ją w schronisku dla
bezdomnych zwierząt. Wolała zostać w domu i jeść, niż wyjść z przyjaciółmi do
kina. Zamiast iść jak wcześniej na rower – szła do sklepu po słodycze. Wstydziła się tego. Uważała, ze jedzenie to bardzo krępująca rzecz.
Kilogramy przybywały, a ona na nic nie zważała – po prostu jadła. Wiedziała, że
kiedyś wróci do diety, więc teraz musi „najeść się na zapas”. Doskonale zdawała sobie
sprawę, z tego że nie ma ani odrobiny logiki w tym jak postępuje, ale jedzenie
sprawiało jej przyjemność i ulgę.
Gdy pewnego dnia stanęła przed
lustrem, nie widziała siebie sprzed kilku tygodni czy nawet miesięcy. Dopiero
wtedy zauważyła, jak przez swoje zajadanie uczuć zmieniło się jej szczupłe
ciało. Brzuch, uda, twarz, każdy cal jej ciała. Wszystko ‘porosło’ tłuszczem.
Przejrzała na oczy. Dostrzegła siebie z perspektywy innego człowieka.
Postanowiła, że to się zmieni.
Schudnie, schudnie jak wcześniej, a za karę jeszcze więcej. Nie potrzebuje
porad dietetyka – sama wie lepiej czego jej potrzeba. Nie potrzebuje
odpowiedniej motywacji – znajduje ją gdy tylko spogląda w lustro. Nie potrzebuje
nikogo – sama ma w swojej duszy wszystko, czego wymaga. Samotnym nie jest się
wtedy, gdy nie ma nikogo – nawet gdy myślimy że mamy przyjaciół możemy odczuwać
nie cielesny, lecz duchowy brak obecności innych. Żyjąc samemu możemy zaznać więcej szczęścia,
niż wśród innych. Do funkcjonowania nie jest nam potrzebny nikt inny jak my
sami. Do życia – już tak. To właśnie było główną myślą Anne – chciała po prostu
funkcjonować. Sama osiągnie cel, a później wróci do przyjaciół – chuda i
piękna, taka jaką sobie siebie wyobraża.
Nie chciała nikogo – jako
argument używała tego, że jej ciało jest tak duże jak dwie osoby.
Jedzenie stało się problemem.
Nigdzie nie wychodziła ze znajomymi, bo chodzili oni zazwyczaj do pizzerni bądź
kawiarni. Nie lubiła chodzić na spacery, bo ćwiczy w domu tyle, że nie ma siły
na najprostsze czynności. W lustro
spoglądała bardzo niechętnie, za każdym razem ze łzami w oczach widząc jak dużo
musi zrzucić. Śniadanie jadła przy rodzicach, obiad również, a w czasie kolacji
nie była głodna. Tyle jej wystarczało. Pokochała głód. Był to jej najlepszy
przyjaciel. Nie opuszczał jej nigdy, a przecież świadomość, że coś nas nigdy
nie opuści jest bezcenna. Zaufała mu. Wiedziała, że gdy jest głodna – chudnie.
W momentach, gdy nie miała już siły, przypominała sobie jak inni mówili jej, że
ma okrągłą twarz i jest pulchniutka. Płakała. Dlaczego wcześniej tego nie
zauważała? Dlaczego gdy kierowane były w jej stronę te słowa, nadal jadła?
Przecież inni na wszystkie sposoby chcieli jej swoimi komentarzami uświadomić,
jak bardzo jest beznadziejna..
Kilogramy spadały w dół, jakby waga specjalnie je odejmowała.
Pomimo, że było ich o wiele mniej niż na początku, Anne nadal nie widziała
spoglądając w lustro, że chudnie. Rodzice powtarzali jej nieustannie, jak
wspaniale teraz wygląda, pomimo że była okropnie blada i wychudzona.
Przyjaciele odzywali się coraz rzadziej, praktycznie o niej zapomnieli.. a może to ona
o nich zapomniała? Diety i ćwiczenia zastąpiły jej najbliższych. Nie zależało
jej na pomocy, jaką mogła okazywać zwierzętom i jaką do tej pory okazywała.
Blada skóra, anemia, wypadające
włosy. Strach przed jedzeniem. Gdy ktoś mówił, że ma z nim zjeść, bądź poczęstować się czymś – zamiast
podziękować, płakała sama nie wiedząc czemu. Mamie mówiła, że zjadła na mieście,
że źle się czuje, że je dużo, ale po prostu nie przy niej. Przy szybkich
ruchach w jej oczach zapadała ciemność, a serce biło szybciej. Wejście do domu
po kilku schodach sprawiało, że musiała się nieustannie zatrzymywać, żeby
złapać oddech.
Nadal nie widziała, jak ubywa jej
ciała i duszy. Znikała z tego świata. Nie miała siły by wychodzić z domu, a
rozmowy zawsze kończyły się na przykrych uwagach innych, którzy powtarzali, że
wygląda jakby jej ktoś zabronił jeść . Stałe kłótnie wykańczały ją jeszcze
bardziej. Straciła zaufanie i kontakt matki. Nie była już tą samą, szczęśliwą i
zawsze uśmiechniętą dziewczyną. Niektórzy za plecami szeptali, inni śmiali się
w twarz z tego co robiła, mówili że ktoś jej ukradł lodówkę, albo że nie stać
jej na jedzenie. Zamknięta w sobie nie chciała żadnej pomocy. Dla siebie była
taka jak dnia, którego stwierdziła, że musi schudnąć.
Mimo, że nie miała kompletnie sił
by żyć, nadal ćwiczyła. Odpływała wtedy do innego, własnego świata. Zakwasy,
ból mięśni – kolejne objawy, które potwierdzały iż chudnie. Pewnego dnia gdy
poszła biegać – nie wróciła już o własnych siłach. Zemdlała w połowie dystansu,
który był wręcz nierealny dla nastolatki. Pogotowie odwiozło ją wycieńczoną na
oddział intensywnej terapii. ‘Anoreksja, wychudzenie, wyniszczenie’ – co dzień
słyszała te słowa.. ale dlaczego oni tak mówili, skoro ona nadal widziała w
lustrze osobę porośniętą tłuszczem?
Po wyjściu ze szpitala wszystko
potoczyło się bardzo szybko. Została skierowana do psychiatry, a następnie do
szpitala psychiatrycznego. Tam uświadomili jej, jak źle robi. Nie mogła jeść
ile chce – czyli prawie nic. Gdy nie chciała jakiegoś posiłku – otrzymywała go
przez rurkę odprowadzającą pokarm do żołądka przez nos. Stosowała różne metody
oszukiwania – zdrapywała paznokciami masło z chleba, wmawiała lekarzom, że jest
uczulona na większość pokarmów. Gdy waga pokazywała, że tyje – poddała się.
Stwierdziła, że tutaj nie da rady schudnąć, a jedząc będzie miała spokój. Nie
wygrała, ale uległa.
Psychiatrzy bardzo się starali.
Leczyli, ale zarazem wspierali jak przyjaciele. Mimo wielu potyczek i upadków
mogła liczyć na pocieczenie. Gdy nadszedł dzień wypisu, Anne z wagą dość niską,
ale w normie, bladym uśmiechem na twarzy i łzami w oczach opuszczała szpital
psychiatryczny. Poznała tam wiele wspaniałych osób, które zrobiły dla niej
więcej niż przyjaciele i rodzina. To właśnie od osób obcych możemy dostać
najwięcej. Od bliskich spodziewamy się cudów, dlatego ich nie otrzymujemy. Od
dalszych osób nie spodziewamy się niczego, dlatego gdy zrobią dla nas cokolwiek
jesteśmy wdzięczni. Przecież nie muszą, mogliby do sprawy podejść całkiem
inaczej.. a jednak tak nie jest.
Gdy spotkała się pierwszy raz z
przyjaciółmi, nie mogli uwierzyć w to co
widzą. Nie była już tym wychudzonym patykiem, którego widzieli jeszcze kilka
tygodni temu. Odeszła z życia. Istniała, nie żyła. Zapewniała, że teraz jest
silniejsza niż wszyscy oni razem wzięci. Jej psychika nigdy nie będzie w
porządku. Dieta uszkodziła jej nie tylko organizm ale i duszę. Gdy oglądała
zdjęcia, łapała się za głowę. Nie rozumiała, jak mogła wtedy nie widzieć, jak
bardzo jest chuda. Odchudzanie to największy błąd, jaki mogła w życiu popełnić.
Przez tyle tygodni nie docierało to do niej.
Starała się, robiła wszystko co w
jej mocy. Pomimo, że w sercu była bardzo silna, jej ciało przypominało wrak człowieka. Bywały dni, że jadła bardzo
mało, ale przypominała sobie straszne chwile ze szpitala i twierdziła, że nie
chce tam już nigdy wrócić. Wszystko trwało zbyt długo, wystawiła swój organizm
na ogromną próbę. Tak musiało się stać, tak miało być. Gdy poszła pewnego
zimowego poranka do szkoły na pierwszą lekcję, jaką było wychowanie fizyczne
nie było jej dane wrócić tego dnia do domu. Stężenie glukozy we krwi spadło tak
nisko, że mózg przestał pracować. Wygłodzenie uszkodziło jej każdy organ. Każda
cząstka jej ciała, duszy, każda cząstka która do niej należała przestała
pracować. Cierpiała. Cierpiała więcej niż niejedna osoba chorująca miesiącami.
Psychicznie przeszła piekło.
… a na jej grobie wygrawerowany
napis „w imię perfekcji” …
Rodzice po śmierci wspierali kampanie dotyczące
anorektyczek i bulimiczek. Te dwie choroby dotykają wielu nastolatek. Mało kto
zdaje sobie z tego sprawę. Kiedyś śmierć dziewczyny, która odeszła z powodu
zaburzeń odżywiania była nagłaśniana na skalę krajową. Teraz jest to
normalność. Większości z przypadków nie da się wykryć we wczesnym stadium
choroby. Szczególny problem jest z bulimiczkami, które bardzo często mają
nadwagę, więc ich wygląd na nic nie wskazuje. Nie trzeba być wychudzonym, by
mieć kłopoty z jedzeniem. Nie trzeba o tym mówić, by w głębi duszy cierpieć.
Nikt nie musi nic wiedzieć – dopóki my sami tego nie dostrzeżemy.









.jpg)