Ostrzeganie innych, w żadnym razie użalanie się. Nic z tych rzeczy. Piszę, żeby ostrzegać. A jest przed czym. W skrócie mówiąc, chcę poruszyć pewien temat. Temat choroby, która z pozorów może wydawać się łatwą do wyleczenia, a nawet taką której leczyć nie trzeba. Przyczepiła się także do mnie i trzymamy się razem od 6 miesięcy. Moje życie można opisać jednym słowem – bulimia. Nie, to nie ta choroba, gdzie gdy coś się zje, zaraz wszystko zostaje zwrócone. To jest właśnie ten największy błąd w rozumowaniu jej. Chcę przybliżyć tę chorobę nie z medycznego punktu widzenia, ale z perspektywy osoby chorej. Takie zachowanie, gdy po przyjęciu pokarmu w nawet najmniejszej ilości chcemy się go pozbyć to anoreksja, a nie o niej mowa, choć jest równie poważna. Bulimia siedzi bardziej w psychice niż w ciele, na tym polega jej drastyczny przebieg. U każdego wygląda to inaczej, jednak ja chciałam opisać ją z punktu widzenia zwykłej bulimiczki – mnie. Występują przy niej bardzo dziwne symptomy – po kompulsywnym jedzeniu boję się wychodzić do ludzi, nie lubię oglądać filmów bo aktorki są szczupłe, podobają mi się anorektyczki i chciałabym wyglądać jak jedna z nich, gdy się najem sądzę że jestem tak beznadziejna iż każdy w tej chwili ma prawo nazwać mnie od najgorszych. W definicji bulimii zalazłam zdanie: „dla chorych jedzenie jest namiastką miłości bądź akceptacją”. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. W momencie w którym mam pewien problem, gdy nie wiem jak z niego wyjść – jem. Ale tak właściwie czym jest bulimia ? Przecież ma coś wspólnego z przeczyszczaniem się i jedzeniem. Oczywiście, że tak. Ogólnie polega na tym że bulimiczki są na ciągłych dietach restrykcyjnych bądź głodówkach które przerywane są napadami głodu. Taki napad to nie kilka ciastek, czy 2 razy większy obiad. To są takie ilości jedzenia, które są niewyobrażalne dla normalnego, przeciętnego człowieka. Jednorazowo mogę zjeść tyle, ile przeciętny człowiek je przez 3 dni. I tak w przeciągu kilku minut. Po takim napadzie głodu nie czuję satysfakcji, lecz ból. Nie tylko ten żołądka, który skurczony po głodówce i ubogokalorycznej diecie jest rozpychany do granic możliwości, ale ten w głowie. Gdy jem kompulsywnie jestem jak robot. Nie myślę nad tym co robię, nie myślę nad tym co jem i jakie to ma skutki. Gdy już to wielkie obżarstwo się skończy, wyrzuty są ogromne. Jedne bulimiczki wymiotują, nie tylko dlatego że nie chcą przytyć ale też dlatego że jedzenie po prostu nie mieści się w żołądku. Inne biorą leki przeczyszczające, jeszcze inne katują się ćwiczeniami. Ja po takim napadzie robię głodówkę po czym bardzo restrykcyjną dietę. Ćwiczę do momentu aż zrobi mi się słabo. Piję herbatki które tak naprawdę tylko odwadniają. Biorę proszki, które mają za zadanie oddać jak najwięcej wody z organizmu. Dolewam ocet, który ma hamować głód. Biorę chrom w tabletkach, który ma a dłuższą metę nieodpowiednie skutki w zdrowiu. Czasami wiążę się bandażem, żeby nie być głodna. Po prostu: napad i oczyszczenie. W jakikolwiek sposób. Nie wiem czym jest ograniczenie, czy samokontrola. Wiem, że nie panuję nad tym co robię i nie boję się do tego przyznać. Szczerości nie bałam się nigdy i tak jest do teraz. Ta choroba mnie przerasta i dopiero w tym momencie, po pół roku, jestem w stanie przyznać, że nie wiem co dalej robić. Mój świat kręci się wokół jedzenia. I nie chodzi tutaj o zdrowe odżywianie, bądź jakiekolwiek inne cele zdrowotne, bo zdrowie dla mnie jest najmniej ważne. Interesuję się wszystkimi dookoła, ale nie sobą. Mogę ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że ta choroba zniszczyła mi życie. Wycięła mi z życiorysu pół roku. Pół roku, które mogłam spędzić inaczej. Opuściłam strasznie dużo godzin lekcjach. Prawie nikt nie wiedział, że nie chodziłam do szkoły, bo dzień wcześniej się.. najadłam. A przecież po jedzeniu nie mogę wyjść do innych. Gdy komuś powiedziałam, mówili „ i tak pewnie nic nie przytyłaś”. A problem jest taki, że po napadzie potrafię przytyć nawet 4 kg. Niewyobrażalne, ale jak już wiele razy powtórzyłam – bulimia zagina wszystko. Jakieś skutki zdrowotne tego też są, przecież to podstawa przy takich chorobach. Anemia, arytmia serca, przypływy gorąca, wyrzuty insuliny, blada skóra, osłabione zęby.. no i te psychiczne: stany lękowe, brak samoakceptacji, poczucie braku samokontroli, samokrytyka, stałe myślenie o jedzeniu. Dlatego ja, pomimo że często nic nie jem i jestem na bardzo rygorystycznej diecie – nie chudnę. Bo czym jest 3 dniowe odchudzanie w porównaniu do napadu. Wszystko wraca. Starałam się jeść więcej na diecie, żeby uniknąć napadów – i tak występowały.
Może zacznijmy od początku, wracając do czasów września 2012 roku.. sama nie wiem co się do tego przyczyniło, ale po prostu chciałam schudnąć. Nie było żadnych konkretnych powodów, po prostu chęć bycia szczupłą. Być może chude osoby w moim otoczeniu, może wpływ mediów .. sama nie wiem, w każdym razie zaczęłam od diety 1300 kcal. Wszystko pod kontrolą, zdrowe odżywianie, 5 posiłków dziennie i stały nadzór. Pod koniec września zdarzył się mały wypadek przez który musiałam zmienić żywienie, wprowadzić żelatynę, wapń i wszystko co na zrastanie się kości. Jako, że nie znałam się wtedy na wartościach odżywczych, a o dietetyce nie miałam pojęcia – po prostu ‘wyszłam’ z diety. Nawyki zdążyły się już we mnie utrwalić, a chudnięcie bardzo mi się spodobało. Wróciłam do diety, ale jedzenie zaczynało mi się nudzić. W kółko te same potrawy, bo przecież wszystko leciało z jednego jadłospisu. Przed świętami postanowiłam że się „najem” a po nich znów zacznę dietę. Gdy sięgam wstecz, to właśnie wtedy rozpoznaję u siebie pierwszy napad głodu. Przez całe święta nie wychodziłam do ludzi bo się bałam że powiedzą „przytyłaś”. Największa porażka życia. Ale wtedy nawet nie myślałam o czymś takim jak bulimia. We ferie stwierdziłam, że schudnę a ze względu na pewne problemy emocjonalne, które mi to ułatwiły wszystko przyszło jeszcze prościej. Jedzenie stało się przymusem, gdybym mogła, nic bym wtedy nie jadła. Do tych czasów chciałabym się cofnąć i pozostać. Schudłam 6 kg, miałam niedowagę i nadal chudłam. Większość dnia przesypiałam, nie chodziłam na wf, nie miałam siły na naukę. Chłopacy przestali pisać, dziewczyny też się oddaliły. Zostali najbliżsi. Zakładałam wtedy większe ubrania, bo mama ciągle powtarzała że za bardzo chudnę. Mówiła, że mam twarz jak szczur. Ciągle kontrolowała wagę, aż zabrała mnie na badania. Wyszła anemia. Z nerwów, że mogę nie mieć siły na konie nagle zaczęłam jeść. Przytyłam 10 kg i nie czułam wyrzutów.. tylko na jakiś czas. Później wszystko wróciło i tak jest do teraz. Moje życie ciągnie się pomiędzy napadami głodu a głodówkami. Gospodarka hormonalna ulega zmianom, psychikę mam bardzo słabą. Nie boję się mówić o tej chorobie. Chcę z nią walczyć. Pomocy od nikogo nie uzyskuję i nie oczekuję. Wyjdę z tego sama, to będzie mój największy sukces jakiego dokonałam. Alkoholik jest alkoholikiem do końca życia, bulimiczka jest bulimiczką również do śmierci. Wiem, że ta choroba wejdzie ze mną aż do grobu, bo zostawia nieodwracalne ślady, ale mogę z nią walczyć. Był taki czas, że szukałam pomocy u bliskich ale wiem że liczyć mogę tylko a siebie. Nie wiem jak będzie wyglądać moje życie w przyszłości, czy będę tak bardzo przywiązywała wagę do jedzenia, czy nie będę bała się mieć dzieci które gdy są małe, całe w tłuszczu a jest on czymś co wywołuje we mnie największe obrzydzenie. Teraz po jedzeniu staram się wychodzić do ludzi, chociaż taką motywację mam by nie jeść. W sumie przytyłam 7 kg, a od momentu w którym było już naprawdę nieźle – 13 kg. Zdrowe odżywianie, które miało zgubić 4 kg przeobraziło się w bulimię. Sukę, która niszczy mi życie. Przez nią zaniedbałam najbliższych, siebie, szkołę. Totalny brak szacunku do własnego ciała, uszczerbki na zdrowiu . W okresach głodówek ważę mniej, ale po napadzie – z bólem wchodzę na wagę. Gdy ktoś żartuje ze mnie, z jedzenia – śmieję się z nim. Udaję, że to nic takiego. Wszystko rozgrywa się w 4 ścianach, gdy zostaję sama. Z pozorów nie widać, żebym przejmowała się jedzeniem. Bulimiczkę trudno rozpoznać, bo nie jest jak anorektyczka – wychudzona, a często ma nawet nadwagę. Na ścianie nadal wisi słynny cytat „quod me nutrit me destruit”. Wartości odżywcze uporządkowane w głowie. Zasady pro any i pro mia jak tabliczka mnożenia plączą się między myślami. Tylko ja jestem nadal w tym samym miejscu. Starając się pozmieniać w cytacie literki, tak aby wyszło coś motywacyjnego. Nie wiem ile walka czasu zajmie, nie wiem kiedy znajdę kogoś lub coś, dla kogo będzie sens wyzdrowieć. Wiem za to, że zwycięstwo będzie tak ogromne, że udowodnię iż nie potrzebowałam niczyjej pomocy. Bo im trudniejszej walki się podejmujemy, tym wygrana ma piękniejszą siłę. Nigdy nie poddać się manipulacjom otoczenia, to największy błąd.
Może zacznijmy od początku, wracając do czasów września 2012 roku.. sama nie wiem co się do tego przyczyniło, ale po prostu chciałam schudnąć. Nie było żadnych konkretnych powodów, po prostu chęć bycia szczupłą. Być może chude osoby w moim otoczeniu, może wpływ mediów .. sama nie wiem, w każdym razie zaczęłam od diety 1300 kcal. Wszystko pod kontrolą, zdrowe odżywianie, 5 posiłków dziennie i stały nadzór. Pod koniec września zdarzył się mały wypadek przez który musiałam zmienić żywienie, wprowadzić żelatynę, wapń i wszystko co na zrastanie się kości. Jako, że nie znałam się wtedy na wartościach odżywczych, a o dietetyce nie miałam pojęcia – po prostu ‘wyszłam’ z diety. Nawyki zdążyły się już we mnie utrwalić, a chudnięcie bardzo mi się spodobało. Wróciłam do diety, ale jedzenie zaczynało mi się nudzić. W kółko te same potrawy, bo przecież wszystko leciało z jednego jadłospisu. Przed świętami postanowiłam że się „najem” a po nich znów zacznę dietę. Gdy sięgam wstecz, to właśnie wtedy rozpoznaję u siebie pierwszy napad głodu. Przez całe święta nie wychodziłam do ludzi bo się bałam że powiedzą „przytyłaś”. Największa porażka życia. Ale wtedy nawet nie myślałam o czymś takim jak bulimia. We ferie stwierdziłam, że schudnę a ze względu na pewne problemy emocjonalne, które mi to ułatwiły wszystko przyszło jeszcze prościej. Jedzenie stało się przymusem, gdybym mogła, nic bym wtedy nie jadła. Do tych czasów chciałabym się cofnąć i pozostać. Schudłam 6 kg, miałam niedowagę i nadal chudłam. Większość dnia przesypiałam, nie chodziłam na wf, nie miałam siły na naukę. Chłopacy przestali pisać, dziewczyny też się oddaliły. Zostali najbliżsi. Zakładałam wtedy większe ubrania, bo mama ciągle powtarzała że za bardzo chudnę. Mówiła, że mam twarz jak szczur. Ciągle kontrolowała wagę, aż zabrała mnie na badania. Wyszła anemia. Z nerwów, że mogę nie mieć siły na konie nagle zaczęłam jeść. Przytyłam 10 kg i nie czułam wyrzutów.. tylko na jakiś czas. Później wszystko wróciło i tak jest do teraz. Moje życie ciągnie się pomiędzy napadami głodu a głodówkami. Gospodarka hormonalna ulega zmianom, psychikę mam bardzo słabą. Nie boję się mówić o tej chorobie. Chcę z nią walczyć. Pomocy od nikogo nie uzyskuję i nie oczekuję. Wyjdę z tego sama, to będzie mój największy sukces jakiego dokonałam. Alkoholik jest alkoholikiem do końca życia, bulimiczka jest bulimiczką również do śmierci. Wiem, że ta choroba wejdzie ze mną aż do grobu, bo zostawia nieodwracalne ślady, ale mogę z nią walczyć. Był taki czas, że szukałam pomocy u bliskich ale wiem że liczyć mogę tylko a siebie. Nie wiem jak będzie wyglądać moje życie w przyszłości, czy będę tak bardzo przywiązywała wagę do jedzenia, czy nie będę bała się mieć dzieci które gdy są małe, całe w tłuszczu a jest on czymś co wywołuje we mnie największe obrzydzenie. Teraz po jedzeniu staram się wychodzić do ludzi, chociaż taką motywację mam by nie jeść. W sumie przytyłam 7 kg, a od momentu w którym było już naprawdę nieźle – 13 kg. Zdrowe odżywianie, które miało zgubić 4 kg przeobraziło się w bulimię. Sukę, która niszczy mi życie. Przez nią zaniedbałam najbliższych, siebie, szkołę. Totalny brak szacunku do własnego ciała, uszczerbki na zdrowiu . W okresach głodówek ważę mniej, ale po napadzie – z bólem wchodzę na wagę. Gdy ktoś żartuje ze mnie, z jedzenia – śmieję się z nim. Udaję, że to nic takiego. Wszystko rozgrywa się w 4 ścianach, gdy zostaję sama. Z pozorów nie widać, żebym przejmowała się jedzeniem. Bulimiczkę trudno rozpoznać, bo nie jest jak anorektyczka – wychudzona, a często ma nawet nadwagę. Na ścianie nadal wisi słynny cytat „quod me nutrit me destruit”. Wartości odżywcze uporządkowane w głowie. Zasady pro any i pro mia jak tabliczka mnożenia plączą się między myślami. Tylko ja jestem nadal w tym samym miejscu. Starając się pozmieniać w cytacie literki, tak aby wyszło coś motywacyjnego. Nie wiem ile walka czasu zajmie, nie wiem kiedy znajdę kogoś lub coś, dla kogo będzie sens wyzdrowieć. Wiem za to, że zwycięstwo będzie tak ogromne, że udowodnię iż nie potrzebowałam niczyjej pomocy. Bo im trudniejszej walki się podejmujemy, tym wygrana ma piękniejszą siłę. Nigdy nie poddać się manipulacjom otoczenia, to największy błąd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz